Jak powstaje rekord świata w Big Way na otwartych czaszach.
Za kulisami społeczności Canopy Formation.
Niniejszy wpis będzie bardzo długi. Dwa tygodnie przygotowań tak intensywnych nie opiszę się w kilku zdaniach. Się tak nie da, choćbym bardzo chciała.
W czasach szybkich i krótkich treści, czuję się w obowiązku poinformować iż takiego rodzaju treści TUTAJ nie będzie.
Będzie dużo informacji, ale warto poświęcić chwil kilka i przeczytać co się tam działo.
Oni się przygotowywali 18 lat do pobicia rekordu z 2007 roku, zatem kilkanaście minut w skupieniu należy się wszystkim uczestnikom tego wspaniałego wydarzenia. Obiecuję lekturę ciekawą i pełną emocji. Nie pożałujesz czytelniku tego czasu.
Dla ułatwienia jest SPIS TREŚCI. Jakbyś chciał zrobić przerwę (niekiedy potrzebną (sic!)), żebyś wiedział do którego momentu wracać.
Miłej lektury. Poczuj choć trochę te emocje, które towarzyszyły wszystkim zgromadzonym w Jump Florida Skydive.

Wstęp
Znowu z poślizgiem. I znowu z tych samych powodów: walka do ostatnich sekund przed wylotem, walizka jeszcze otwarta, ostatnie głosy w uszach: „Robimy 111, to jest ten moment!”. A potem lot, kilkanaście godzin w podróży pół-sen i pół-myśli.
Dopiero teraz, po powrocie, po pierwszym głębszym oddechu, mogę w końcu usiąść i wszystko poukładać.
Bo działo się dużo. Bardzo dużo! To jest to co Tygryski lubią najbardziej.
Jestem Wam winna informację. Ostatnią relację pisałam w momencie, gdy nad głową budowało się 107.
Tak, wtedy, w tamtej sekundzie kiedy formacja zaczęła się składać, a ja zerkałam w niebo i w ekran jednocześnie. Próba była blisko, naprawdę blisko. Tak blisko, że człowiek prawie czuł ciężar tej liczby na barkach.
A potem… drgnięcie.
Centymetry.
Metry.
Ten moment, kiedy cały dół patrzy w górę i w jednym czasie myśli: „Nie teraz. Nie tak”. I klasyczny odgłos, na całym świecie taki sam. Westchnienie rozczarowania i żalu, że jeszcze nie teraz.
Fakt – moje główne motto to: wszystko się dzieje w odpowiednim czasie, tak jak powinno. Nie wcześniej, nie później tylko w tym czasie tu i teraz. To nie była ani ta próba ani ten dzień. Wszechświat wymyślił inną datę dla REKORDU. Czyżby prezent urodzinowy dla Pilota całości Briana?

fot. Kasia Walczak
Cofnięcie o tydzień — fundamenty (treningi, baza, atmosfera)
Zacznijmy od początku. A właściwie od tygodnia wcześniej.
Od momentu, gdy polska ekipa ruszyła w podróż, która była więcej niż lotem za ocean. To był wyjazd w kierunku nadziei i spełnienia marzeń. Dla niektórych dojrzewał latami osiągając pełnoletność.
A oto Polska ekipa, bez której ta historia nie istnieje.
Każdy wnosi w to wydarzenie coś swojego. Każdy ma inne życie, inną historię, inną cenę, jaką płacił za bycie tutaj.
Wszyscy lecieli dokładnie tam, gdzie chcieli być, czyli w miejsce, gdzie ogrom pracy mógł zamienić się w ogrom satysfakcji i spełnienie marzenia.
Wszyscy różni, a jednak tacy sami.
Wyjazd nie był tani. Dwa tygodnie urlopu spędzone na Rekordzie, zamiast wakacji z rodziną to jest decyzja, która boli.
Niby miały być „też mini wakacje”, trochę zwiedzania, chwila oddechu… A potem okazało się, że nie ma na to kompletnie przestrzeni. Każdy dzień, godzina, skok, briefing liczył się bardziej niż sen, plaża czy normalne życie.
Dwa tygodnie ciężkiej pracy z przymusowymi przerwami, które — choć były konieczne — przyszły w idealnym momencie.
Ale o tym później.
Żeby zbudować tak wielką formację, trzeba najpierw zbudować fundament.
A fundamentem są ludzie, ich historie, poświęcenie i to jedno uczucie, które wszyscy wzięli ze sobą w drogę: Nadzieja, że będzie TEN rekord.
Oto ONI, czyli My
Szymon „Simon” Chełmicki

fot. Kasia Walczak
Polak w bazie całej formacji. Fundament. Gość, który łączy dyscyplinę sportową z prawdziwą zajawką.
18 lat temu był o włos od tego, żeby wskoczyć do formacji, która miała rekord. Los sprawił inaczej.
Wtedy właśnie zasiane zostało to ziarnko, ta iskra, która przez wszystkie kolejne lata tliła się w nim ze słowami “to dopiero początek”.
Teraz nadszedł ten moment.
Grande finale.
Event, który od półtorej dekady był jego ukrytą, ale mocno trzymaną w środku obietnicą.
Michał „Balon” Balonis

fot. Kasia Walczak
Zajawka jak u Simona. Świr w czystej postaci.
Dyscyplina czystej destylacji. Spokój i opanowanie w każdym geście.
Precyzja, powtarzalność, zero przypadkowych ruchów. Doskonałość.
Ogrom wyrzeczeń, ogrom pracy, wszystko skupione na jednym celu: rekord.
Balon nie mówi dużo — on dużo robi.
Justyna „Dżastin” Sinica

fot. Kasia Walczak
Jedyna kobieta z Polski wpisana na listę wielkiego rekordu. I ogólnie jedyna polska spadochroniarcha będąca na tym wydarzeniu.
Potrójny sukces: babskie rekordy, gigantyczne postępy i niezachwiana wytrwałość, którą trzeba nazwać po imieniu IMPONUJĄCA.
W dużej formacji wpisała się „do wykorzystania”, jak to brzydko i brutalnie nazywa system.
Ale to znaczy jedno: umiejętności są. Możliwości są. Liczyli na nią.
Jarek „Zwierzu” Zwierzyński

fot.Kasia Walczak
Najlepszy Spadochroniarz spośród punków i najlepszy Punk wśród spadochroniarzy. Esencjonalny „panczur” z krwi, kości i poglądów.
Najstarszy z całej polskiej ekipy.
Skakał w rekordzie, choć w finałowym zamknięciu go nie było.
Ale to w niczym nie umniejsza faktu, że rekord był pięknym podsumowaniem jego wielu lat powietrznego psocenia, kombinowania, improwizacji i doświadczenia, którego nie da się kupić.
Michał „Teddy” Markowicz

fot. Kasia Walczak
Młody żagiel CRW. Zajarany do granic, napalony jak świeca w przeciągu. ADHD klasyczna odmiana o skali 15 na 10.
Psychicznie zahipnotyzowany na kanapy w najlepszym możliwym sensie.
Szczęście, że w ostatniej chwili został wpisany na listę.
Pokora, że jeszcze nie te umiejętności, by wejść do samego otwarcia rekordu. Chociaż nadzieja, jak to nadzieja, zawsze tli się w człowieku.
Robert „Robcio” Dąbrowski

fot. Robert Dąbrowski
Człowiek orkiestra spadochronowego świata.
Najlepszy polski układacz, kamerzysta formacji, grand support, psychiczny filar i człowiek, który potrafił być wszędzie tam, gdzie akurat jest potrzebny.
Jak mawiał klasyk żadnej roboty się nie boi — żadnej. Mężczyzna pracujący po prostu.
Robert Kowalski – Bertus

fot. Kasia Walczak
Organizator i ogarniacz mediów społecznościowych i sponsoringu. Niezastąpiony!
Skacze kanapy, trenuje intensywnie, ale ma jeszcze małe doświadczenie, żeby być na liście.
Najmłodszy z całej ekipy (w sensie doświadczeń i praktyki skoków kanapowych), ale przyjechał właśnie po to by móc się choć chwilę uczyć od najlepszych i z najlepszymi. No i żeby czuć ten klimat wspólnoty.
No i Ja

fot. Cécile Duval
Mnie zaraził Szymon. Na wakacjach właśnie.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam przygotowania do rekordu z ziemi, w ciszy, patrząc jak formacja rośnie i się rozchodzi zakochałam się po uszy.
W ludziach, atmosferze, pięknie tego, co dzieje się na niebie, ale i też na ziemi, po treningach, wspólnocie świata kanapowego.
Więc nie mogło mnie zabraknąć w finałowym odcinku. To chyba oczywista oczywistość.
Tydzień Pierwszy.
Równoległy rytm, dziewczyny kontra baza.
Pierwszy tydzień miał swój własny puls.
Dwa równoległe światy, równoległe tempa, równoległe ciśnienia i jedno wspólne tętno.
Z jednej strony baza.
Najpierw dziewięciu. Potem szesnastu.
Chłopaki, bo tylko z nich się składała, dzień po dniu docierali się jak precyzyjny mechanizm.
Ćwiczyli tempo wejścia, reakcje, nawyki. Budowali coś, co miało być fundamentem całej gigantycznej formacji. Szkieletem, który musi wytrzymać każdy ruch, turbulencję, opóźnienie i zawirowanie.
To właśnie ta dziewiątka, ochrzczona pieszczotliwie “ Elephants Squadron” od masek tlenowych, które robiły ich twarze nieco… no, słoniowe, ale też od wielkości spadochronów, największych z całej formacji, które dźwigali na plecach. Baza w kolorze pomarańczowym stała się sercem i kręgosłupem rekordu.
Od ich stabilności i szybkości, zależało wszystko.


fot. Kasia Walczak
Każdy dzień wyglądał podobnie: odprawa, wejścia, powtórki, wejścia, korekty, wejścia.
Powtarzalność, która z zewnątrz wygląda jak nuda, a od środka jest jak precyzyjne kalibrowanie zegarka atomowego. Jeszcze za długo, przyspiesz, wolniej znaczy szybciej, dokładniej, „delivery” między slider a ramię … .
Zatrzymaj. Wdech. Wydech. Wchodź.
45 sekund na 4-Way, 90 sekund na 9-way , jesteście blisko ale proszę jutro być lepszym o 10%. Teraz do domu i odpocząć.
Wdech. Wydech.
A po drugiej stronie dziewczyny.
Ich własny tor, własny cel, własna presja i własne piękne zadanie, które przyniosło im TRZY REKORDY.
Nie będę wchodzić tu w szczegóły, ponieważ to osobna historia, osobna energia.
Ale jedno trzeba powiedzieć jasno:
Ich sukces działał jak dopalacz dla całej ekipy dużego rekordu.
Patrząc, jak one walczą, jak wygrywają, jak zamykają swoje cele, baza dużej formacji rosła.
Tak jak motywacja i presja, ta dobra oczywiście, która przypomina: „to się dzieje naprawdę”.


Procedury przygotowawcze.
W międzyczasie mniejsze grupy (po 9 i 16 osób) ćwiczyły dokowania, trasy dojścia echelon do formacji, synchronizację i timing.
Część ludzi przyleciała wcześniej żeby mieć czas na aklimatyzację, ogarnięcie papierów i dopięcie wszystkich technicznych szczegółów, których w takim przedsięwzięciu jest dużo.
Kontrola spadochronów, długości linek, taśm, sliderów, uchwytów.
Kontrola wagi. Tak, każdy musi być dokładnie zważony, żeby pasować do swojej pozycji w formacji, do nośności i rozmiaru czaszy, do roli, jaką ma pełnić i zadań jakie ma wykonać. Wszystko co do funta.
Pieniądze na konto, tak tak, bez tego nikt nie wsiądzie do samolotu.


fot. Kasia Walczak
To też jest część pracy.
Mało spektakularna, ale bez niej nic się nie wydarzy.
W wolnych chwilach, których nie było wiele, były powitania. Pierwsze żarty, pierwsze nakręcanie się.
Emocje związane z tym, że zaczyna się realizować praca wielu, wielu lat i wielu ludzi.
W piątek 14 listopada 2025
trening bazy dobiegł końca.
Ostatni skok, ostatnie poprawki, ostatnia rozgrzewka przed prawdziwym wyzwaniem.
Przyszedł moment na oddech.
Przebazowanie do większego hangaru czyli miejsca, w którym przez kolejny tydzień mieliśmy żyć, oddychać i funkcjonować jak jeden organizm.
To tam miały rozgrywać się następne rozdziały historii.

fot. Kasia Walczak
Fundament był gotowy.
Czas budować dalej.
Tydzień drugi. Start przygotowań do dużego rekordu.
Zaczął się od zmiany, którą czuło się przy wejściu do nowego hangaru. Miłe poranne powitania z życzeniem cudownego dnia i obowiązkowym przytulasem od Chandra.

fot. Kasia Walczak
Inne światło, zapach, rytm. Jakby ktoś przełączył tryb z trening na misję.
Nie było już „rozgrzewki”. Zaczynała się operacja.
Od pierwszego dnia tempo przyspieszyło: analizy, odprawy, składanie formacji na sucho „dirtdrive”, symulacje, ustawienia, przetasowania, precyzja co do centymetra i sekundy. Każdy był teraz trybikiem większego mechanizmu — maszynerii, która miała udźwignąć rekord.
Każdy bez wyjątku przechodzi cały skok na sucho, wysiadanie z samolotu, kolejność, ręce uniesione w górze, jakby szamani modlący się o deszcz, a każdy imituje dokładne ruchy, które będzie wykonywał w powietrzu, teraz na ziemi, na piechotę, ale te same odległości, zawołania, wygięcie, odzewy i znaki….
Ten kto widzi to pierwszy raz myśli, no banda czubków, albo tancerzy? chyba, że to zjazd czarowników i wiedźm? Ale każde tego typu działanie to dodatkowy trening pamięci dla mięśni, pamięci kto za kim ma być, do kogo dokować. W powietrzu nie ma czasu na szukanie kolegi. Wyskakujesz, dolatujesz i dokujesz. Czas, czas, czas. No i precyzja.



fot. Kasia Walczak
Tlen, wysokość i nowa rzeczywistość
Pierwszy tydzień powietrznie był „komfortowy”. Skoki bazowe z 4000 metrów, bez masek, bez dodatkowych komplikacji.
Tydzień drugi? Inna bajka. To już inny poziom gry się rozpoczął.
Zaczęło się od wykładu z Hipoxi, szkoleń z oddychania tlenem i choć brzmi to banalnie, nie jest.
To nie tak, że zakładasz maskę i wszystko działa. Trzeba się nauczyć, jak oddech zmienia się z każdym tysiącem metrów, jak reaguje ciało, jak trzymać fokus, gdy do sprzętu dochodzi dodatkowe 2 kilogramy butli i przewodów, procedur. Jak rozpoznać gdy jednak poczujesz się gorzej.
A potem przychodzi moment, w którym masz to sprawdzić w praktyce:
skok i budowanie formacji na ponad 6000 metrach. Sześć kilometrów nad ziemią!!!!!!
Tam powietrze ma inną gęstość, ciało pracuje inaczej.


fot. Kasia Walczak
Orkiestra statków powietrznych
Do tej pory skakali z dwóch samolotów.
W drugim tygodniu już z czterech, ponieważ docelowo za chwil kilka miało być osiem maszyn lecących równolegle w przestrzeń powietrzną, pod idealnym kątem, w idealnym czasie, wyrzucających kolejne grupy spadochroniarzy. I tu współpraca i koordynacja pilotów dochodzi jako kolejny czynnik synchronizacji w kierunku sukcesu.
To nie jest „hop, wszyscy lecą!”. To matematyka i fizyka w praktyce.
Wszyscy wznoszą się razem, ale każda grupa wyskakuje z innej wysokości. Może to zabrzmi banalnie, ale żeby się nie męczyć.
Żeby każdy miał dość czasu dojść do formacji i wejść dokładnie w swoje miejsce.
Z góry schodzi kolejne piętro, potem następne, i następne.
A formacja musi się zamknąć na konkretnej wysokości, by późniejsze rozjście było możliwie bezpieczne.

fot. Kasia Walczak
Rozejście czyli mój ulubiony moment.
Ten, w którym całe niebo w jednej sekundzie zmienia się w pole kolorowych spadochronów, rozsypujące się jak dmuchawce mniszka lekarskiego na wietrze.
I tu metafora staje się aż zbyt idealna:
– ziarnko zasiane — marzenie, plan, decyzja,
– rosnąca roślina — kolejne rzędy ludzi dokujący do formacji,
– kwiat — pełna struktura, zamknięta, stabilna, piękna,
– dmuchawiec — rozejście, eksplozja kolorów na niebie.
Ta historia naprawdę tak wyglądała.
fot. Cat Isgrigg
fot. Kasia Walczak
fot. Kasia Walczak
film Bruno Brokken
Skok 64 osób na pstryknięcie palcem.
100 osób? Inny Wszechświat.
Do 64 osób świat jest jeszcze znany. Formacje są szybkie, logiczne. Powtarzalność działa jak automat.
Ale dorzucasz kolejnych ludzi…do 85, potem coraz więcej, kolejne rzędy…100 i więcej osób w powietrzu powiązanych nogami wokół linek spadochronu i to już zmienia wszystko:
– tempo,
– gęstość powietrza,
– prędkość spadania,
– opór,
– dynamika,
– siły w liniach,
– margines bezpieczeństwa,
– matematyka i fizyka lotu.

fot. Gustavo Cabana
Nikt na świecie nie ma gotowego przepisu na to, jak pracuje powietrze przy tak dużej liczbie ludzi. Bo nikt na świecie jeszcze czegoś takiego nie zbudował!!!!
To trzeba wytrenować.
Odczytać.
Poczuć.
I skorygować — raz, drugi, dziesiąty. Po każdym skoku były jakieś zmiany. Czasem minimalne. Czasem większe. Ale żadnej nie można było zignorować.


fot. Kasia Walczak
Tu już nie ma nazwisk. Są tylko suche liczby.
To jest moment, w którym robi się… trochę przykro.
Bo choć jesteśmy ludźmi, przyjaciółmi, ekipą, to przy tej skali nie ma miejsca na personalizację.
Nie ma „a bo ten lubi tak, a ten ma styl taki”, ani nie ma ego.
Nie ma wyjątków.
Są liczby.
Parametry.
Normy.
Stoper.
Wyniki.
To fizyka i matematyka decydują.
Czasem wbrew emocjom, wbrew sympatiom, wbrew temu, że chciałoby się być niezastąpionym.

Na tym polega ta gra.
Sukces końcowy jest sukcesem wszystkich.
Nie tylko tych, którzy lecą w formacji.
Tych, którzy liczą, analizują, korygują, podmieniają, układają, briefingują, wspierają, filmują, poprawiają i podtrzymują energię.
Rekord to wysiłek kilkuset osób. Tych lecących fizycznie, siedzących na „ławce rezerwowych”, przygotowujących i ćwiczących bo mogą w każdej chwili być potrzebni.
Drugi tydzień był właśnie momentem, w którym każdy poczuł, że wchodzi na terytorium większe niż on sam.
Jak ocenia się rekord? (krótko o regulaminie FAI)
Largest Formation Team – to cała grupa, która może legalnie brać udział w próbie. W jej skład wchodzą:
- skoczkowie dokujący do formacji,
- kamerzyści (obowiązkowo),
- rezerwowi (którzy mogą wejść tylko wtedy, gdy są zgłoszeni).
Łączna liczba osób w tej ekipie może maksymalnie wynosić 120% planowanej wielkości formacji.
Czyli: przy próbie na 107 czasz — cały zespół (łącznie z rezerwowymi i kamerą) nie może przekroczyć 128 osób.
Plan to świętość! Wszystko musi zgadzać się „na papierze”
Przed skokiem organizator musi dostarczyć pisemny plan formacji:
- schemat formacji / formacji w sekwencji (dziewczyńskie),
- lista osób,
- sposób przejść między formacjami (jeśli to sekwencja – dziewoje).
Sędziowie porównują dokładnie to, co jest w powietrzu, z tym, co jest w planie.
Jeśli coś się nie zgadza – nie ma rekordu.
Co to jest „prawidłowy chwyt”?
Duże formacje bazują na chwytach, które się ocenia (na otwartych czaszach, bo robi się też inne, ale nie o tym tutaj):
- kontakt na nodze skoczka z tyłu – czyli tzw. leg grip: stopa / goleń zaczepiona o linkę A
Każdy uczestnik formacji musi mieć pewny chwyt – tylko wtedy uznaje się, że jest częścią całości.
Dla ciekawskich!
Duże formacje sekwencyjne, czyli to co robiły Kobiety, co musi się zadziać, aby przejście zostało uznane?
W big-wayach sekwencyjnych (np. Formacja → przejście → druga formacja) wcale nie chodzi o to, aby wszyscy jednocześnie się rozłączyli. Najważniejsze są dwie zasady:
A. Minimum 35% musi naprawdę „puścić”
W przejściu między formacjami co najmniej 35% uczestników musi:
- puścić swoje chwyty i
- być puszczonym przez innych (czyli nikt ich już nie trzyma),
B. Każdy musi „wyjść na nowe miejsce”
Każdy skoczek, który był zwolniony, musi zadokować do innego punktu niż w poprzedniej formacji.
Nie można odłączyć się i wpiąć z powrotem dokładnie tam, gdzie się było.
Jak wygląda ocena końcowa?
Po skoku:
- analizowane są nagrania z kamer,
- sędziowie sprawdzają kolejno:
- czy wszyscy dokowali tak, jak w planie,
- czy każdy chwyt był prawidłowy,
- czy przejścia były wykonane zgodnie z zasadami (35%, podgrupy, pełne breaki),
- jeśli wszystkie warunki są spełnione — formacja lub sekwencja może zostać zatwierdzona jako rekord.
Co NIE jest oceniane?
W odróżnieniu od konkurencji „punktowanych” – 4- sekwencyjna, 2-sekwencyjna, 4-rotacyjna:
- nie ma limitu czasu,
- nie ma punktacji,
- nie liczy się szybkość,
- liczy się wyłącznie czystość wykonania i zgodność z planem.
Podsumowanie: na czym polega magia big-way CF?
W dużych formacjach najważniejsze jest to, aby dziesiątki spadochroniarzy pod otwartymi czaszami potrafiły:
- wejść w precyzyjny, zaplanowany układ,
- utrzymać go stabilne przez minimum 2 sekundy
- a jeśli to sekwencja — wykonać przejścia w sposób prawidłowy i wyraźny,
- wszystko zgodnie z zasadami FAI, które dbają o bezpieczeństwo i czystość wykonania.
To jedyna dyscyplina, w której nie punktuje się „więcej i szybciej”, ale czyściej, stabilniej i wspólnie.
- Nie ma wymogu, by zespół podejmujący próbę rekordu dużej formacji składał się z określonej liczby narodowości.
- Uczestnicy mogą pochodzić z różnych krajów (różne NAC-y), co daje elastyczność w międzynarodowych zespołach rekordowych. Muszą jedynie mieć licencję FAI.
Skład sędziowski FAI
Próby do 107 — napięcie, frustracja, zwątpienie
Pierwsza próba 107. Środa, 19. 11. 25
I tu trzeba powiedzieć jasno: to było prawie, prawie. Formacja zaczęła się układać z taką precyzją, że na ziemi już się czuło pierwszą falę euforii. Jeszcze nie sukces, ale bardzo blisko. Wszyscy wyszli z tego skoku zmobilizowani — „idziemy po to”.
Dwie kolejne próby tego dnia. Hmmm zmyły euforię, wzmogły ciekawość i koncentrację.



fot. Kasia Walczak
Drugi dzień – czwartek, 20. 11. 25.
Prezent urodzinowy dla Pilota formacji Briana?

fot. Kasia Walczak
Pierwsza próba jeszcze bliżej niż dzień wcześniej – dobry znak.
Tak blisko, że w kilku osobach pojawiło się to niebezpieczne „to już”. A jednak: zabrakło odrobinę. Napięcie prezentu urodzinowego wisi nad rekordzistami.
Kolejne dwa podejścia, zamiast progresu, zaczęły się rozjeżdżać. Nie tragicznie, ale w sposób, który sygnalizował, że coś w nie gra.
Ostatnia próba dnia… cóż — troszkę się tam namieszało..
Nie dlatego, że coś się stało. Nic takiego.
Ale formacja poplątała się dość mocno, że nawet najspokojniejsi powiedzieli na głos co wszyscy czuli:
„Tak, napięcie właśnie przeskoczyło o poziom wyżej”.
Organizatorzy wkurzeni.
Uczestnicy sfrustrowani.
Zmiany, zmiany, kolejne zmiany.
A 107… nie idzie.



fot. Kasia Walczak
Piątek, 21. 11. 25, który miał być TYM dniem
Piątek, piąteczek, piątunia z hasłem pod skórą „no już do cholery, dzisiaj to zróbmy”.
Pierwszy lot: nic.
W sensie nic, co chcielibyśmy zobaczyć.
Drugi: i tu robi się zimno na plecach.
Rypnęła linka w bazie u jednego skoczka przy otwarciu.
Na szczęście, pełna kontrola sytuacji, spokojne odejście, wstrzymanie zrzutu z pozostałych 7 samolotów, podprowadzenie nad lotnisko, przejście na zapas, bezpieczne lądowanie.
Ale to oznaczało jedno:
wymuszoną przerwę i pełną kontrolę sprzętu całej ekipy.
Dobrze, że tak się stało, bo w trakcie kontroli wyszło kilka usterek, wynikających po prostu z ogromnego obciążenia materiału. Ale, co może ważniejsze, pauza podziałała też na ludzi.



fot. Kasia Walczak
Dygresja osobista o przerwach, które ratują wynik. Taktyka sukcesu.
Są różne filozofie pracy pod presją.
Jedna, którą osobiście lubię i preferuję mówi, że kiedy pracujesz na gigantycznym stresie, w krótkim czasie, z masą nowych bodźców, a plan przewiduje 5 skoków dziennie, a pogoda pozwala tylko na 3… to warto zrobić przerwę.
Organizm ma swoje granice.
Materiał też.
A głowa?
Głowa to już w ogóle.
Czasem trzeba odpuścić, pójść na kolację, posiedzieć na plaży, zmienić miejsce, zrobić zakupy, pozwolić, żeby procesy treningowe „przegryzły się” same, w tle. Głowa przyswaja wolniej niż mięśnie. Lubi ciszę, spokój i inne spojrzenie. Oddech od głównego problemu.
Druga metoda to ta, którą wielu również preferuje:
cisnąć tak długo, aż mięsień zrobi swoje z automatu, bez udziału głowy.
Nie ma tu jednej drogi.
Zgranie 107 osób plus kilkunastu oczekujących w kolejce na slot żeby wszystko zagrało idealnie w tym samym momencie?
No właśnie.
W takim układzie przerwa bywa zbawienna.
Piątkowa była idealnie na czas, w punkt. Wymuszona bezpieczeństwem, ale dała oddech.
Logistyka i grand support. Niewidzialny kręgosłup
W każdej wielkiej formacji najbardziej widać tych, którzy są w powietrzu. Kolorowe czasze, dokowania, perfekcyjne linie. Obraz, który trafia do historii.
Ale rekord świata nie rodzi się tylko w powietrzu.
Rodzi się też na ziemi. W hangarach, przy stołach briefingowych, w headsetach koordynatorów, w rękach ludzi, których często nikt nie widzi, a bez których nic by się tu nie wydarzyło.
Szef wszystkich szefów, ale przede wszystkim grand supportu
Sarah, Kobieta niezastąpiona. Główny organizator Grand Supportu. Jeśli Sarah krzyczy na cały hangar twoje Imię i Nazwisko tonem nieznoszącym sprzeciwu, wiedz, że masz kłopoty. Ciepła niepozorna uśmiechnięta fantastyczna kobieta, ale jak masz coś zrobić to zrób to możliwie najszybciej i najlepiej jak potrafisz. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych.



fot. Kasia Walczak
Planowanie, które działa jak centrum lotów kosmicznych
Każdy skok to logistyka na poziomie operacji lotniczej:
- planowanie załadunku — kto, z kim, z którego samolotu, w jakiej kolejności i z jakiej wysokości,
- podział ludzi na grupy, strefy i zadania, kto do kogo ma podejść i się odhaczyć, że bezpiecznie wylądował
- synchronizacja 8 samolotów, które muszą wejść w przestrzeń powietrzną w konkretnych punktach, pod konkretnymi kątami, w konkretnych sekundach,
- kontrola slotów — żeby każdy wiedział, gdzie jest jego miejsce i co ma zrobić,
- komunikacja między wszystkimi na lotnisku, bo przecież strefa działa również komercyjnie i poza, czyli w mieście jeśli zaistnieje potrzeba natychmiastowej reakcji
To nie dzieje się samo.
To jest orkiestra, gdzie każdy fałsz się niesie.
Naziemna armia czyli układacze, riggerzy, kamerzyści, dokumentaliści.
To właśnie oni są dla tej historii niewidzialnym kręgosłupem.
- Układacze — dziesiątki par rąk składających spadochrony non stop, przez wiele godzin dziennie, tak by każdy kolejny skok był maksymalnie bezpieczny i powtarzalny.
- Riggerzy — ci od zapasów, napraw, prostowania linek, łatania, wymiany, kontroli. Gdy komuś „pójdzie” czasza, gdy coś się poplącze albo zerwie — to oni przyjmują to na klatę i stawiają sprzęt na nogi.
- Kamerzyści — bez nich nie ma analizy, nie ma błędów do poprawy, nie ma historii. Kadry, które później ogląda cały świat, to ich robota. Są w drużynie wpisani na listę. Od ich umiejętności zależy czy rekord będzie zaliczony czy też nie.
- Piloci – opis myślę zbędny. Koordynacja, koncentracja, odpowiedzialność i bezpieczeństwo zrzutu.
- Grand support — koordynacja, informacja, bezpieczeństwo, dokumentacja, transport skoczków z lotniska po lądowaniu, organizacja briefingów, przekazywanie komunikatów, synchronizacja czasu, tlen,instalacje, a jak zajdzie potrzeba to i masaże.
- Nie może zabraknąć całego staffu strefy spadochronowej Jump Florida Skydive. Bez nich nie byłoby gdzie ani z czego skakać
fot. Kasia Walczak
To ci, którzy dbają, żeby w tym ogromnym, precyzyjnym chaosie nikt nie zginął informacyjnie, żeby każdy wiedział, gdzie ma być i co ma robić, kiedy i jak i z kim.
Są też dokumentaliści, w tej grupie jestem ja
Nie skaczący tylko czyniący zdjęcia z ziemi i na ziemi.
Są po to, żeby ten rekord nie przepadł w ulotności chwili.
Żeby:
- opisać,
- zapamiętać,
- udokumentować,
- zarchiwizować,
- nadać sens i ciągłość temu, co dzieje się często w biegu, w zmęczeniu, w emocjach.
To jest też forma odpowiedzialności.
Tego, że ktoś na ziemi trzyma wszystkie te nitki narracji w jednym ręku, żeby z chaosu powstała historia.
Wielka historia ludzi, techniki, odwagi, strachu, radości i walki z czasem.
To ludzie powiązani ze skoczkami, teraz robią materiały filmowo obrazkowe, ale każda inna funkcja naziemna nie jest im obca i w każdej chwili mogą przyjąć inna niezbędną funkcję.
fot. Kasia Walczak
Rekord nigdy nie jest dziełem tylko tych, którzy lecą.
Za każdą osobą w powietrzu stoi kilka kolejnych na ziemi.
Kilkadziesiąt rąk, decyzji, małych i wielkich działań.
I dopiero ten układ — powietrze + ziemia — tworzy jedną drużynę, która może powiedzieć:
„Zrobiliśmy to.”
Główni Wymyślacze, Organizatorzy, Inżynierowie, Instruktorzy
fot. Kasia Walczak
Dlaczego 104 zamiast 107. Decyzja, która uratowała rekord
Jak wspomniałam wyżej. Żeby rekord był rekordem, który zostanie zaliczony, regulaminowo należy zgłosić z ilu ludzi będzie budowana formacja i na jakich miejscach. Podczas prób w ciągu tych kilku dni budowana była formacja powyżej 100 osób, ale nie 107.
W pewnym momencie stało się jasne:
107 nie idzie, nie żre jak należy. Coś się zacina. Czy to na poziomie fizycznych czy mentalno – psychicznym. Bez znaczenia.
Nie w tym składzie, nie w tych warunkach, nie przy tym zmęczeniu materiału, zarówno ludzkiego, jak i sprzętowego.
I to nie była kwestia ambicji.
Ambicje były ogromne.
Ale w CRW ambicja nigdy nie może wygrać z fizyką, bezpieczeństwem i stabilnością. Zadeklarujmy jak w grze w karty 1000 – gram piki – 104.
Strategiczna decyzja: odjąć, żeby zbudować
Organizatorzy zrobili więc rzecz trudną i odważną:
zredukowali formację do 104 osób.
Dla wielu z boku mogło to wyglądać jak krok w dół, jak oddanie pola, jak „mniejszy rekord”.
W rzeczywistości było odwrotnie.
To była decyzja:
- odpowiedzialna,
- technicznie uzasadniona,
- matematycznie potrzebna,
- i jedyna, która mogła doprowadzić do sukcesu.
Nie jako rezygnacja z marzeń,a zmiana trajektorii lotu (ludzi na pozycjach) po to, by dolecieć do celu.
Dobro wspólne ponad ambicją jednostki i ponad magią liczby. No i regulaminy FAI
Liczba 107 była piękna, okrągła, historyczna, emocjonalna.
Każdy chciał ją mieć w świadomości jako „tę właściwą”.
CRW to nie konkurs ego, a gra zespołowa najwyższej klasy.
Dlatego w pewnym momencie padło najważniejsze zdanie tego tygodnia:
„Robimy 104. Bo 104 jest realne. 104 jest nasze. Już je zrobiliśmy. Teraz tylko potwierdźmy”
To nie kompromis.
To mądrość, doświadczenie i szacunek do ryzyka.
To decyzja, która uratowała rekord.
Dlatego 104 — nie 107 — przyniosło światu nowy rekord.
Prawdziwy, stabilny, wywalczony, a nie tylko wymarzony.
Ostateczna próba — 104
Czas się kurczył.
Dni znikały szybciej, niż zdążały się zaczynać.
W głowach mieliśmy jedno: jeszcze nie ma rekordu.
A każdy, kto choć raz gonił coś wielkiego, wie, że to właśnie ta myśl nie pozwala zasnąć.
Noc przed ostatnią próbą była bardziej czuwaniem niż snem.
Wszyscy czuli presje czasu i szansy.
Tak blisko, a jednak wciąż tak daleko.
5:00 rano — hangar, który milczy
Jeszcze ciemno.
Na lotnisku tylko światła awaryjne i pojedyncze kroki odbijające się od betonu.
Zwykle o tej porze jest gwar: śmiechy, szuranie sprzętu, nerwowe komentarze.
Tym razem zwolnione tempo.
Każdy skupiony na swoim sprzęcie. Świadomość zbliżającego się końca prób. Najlepszy czas to pierwszy skok dnia. Najlepsze powietrze.
Cisza. Gęsta, poważna, elektryczna.
Każdy wiedział, że to ta próba.
Nie jako hasło motywacyjne.
Jako fakt: okno pogodowe, logistyka, zmęczenie ludzi, powroty do domów.
To była realnie ostatnia szansa.
Odprawa i mobilizacja. Ciepłe słowa wsparcia od Sędziny „Macie to. Róbcie swoje.”. Wspólny okrzyk.
Bez patosu.
Mobilizacja była absolutna. Zero przegadania.
Każdy ruch precyzyjny, automatyczny jakby wszystkie wcześniejsze próby istniały tylko po to, by doprowadzić nas do tej jednej.


fot. Kasia Walczak
Wejście do samolotów nastąpiła zmiana energii
Kiedy ruszyliśmy w kierunku maszyn, cisza zaczęła pracować jak sprężyna. Ciemność dookoła spowity mgłą.
Kolejne kroki, maski tlenowe nakładane z pełnym skupieniem. Rytualne odliczanie: kask, wysokościomierz, nóż, okulary, rękawiczki.
Czuć było jedną, wspólną energię.
Już nie nerwy. Już nie presja.
Determinacja.
W drzwiach samolotów padło kilka krótkich spojrzeń, które mówią więcej niż słowa:
„Widzimy się w powietrzu. Dopinamy. ZRÓBMY TO!!!”
6 kilometrów nad ziemią moment startu całej procedury
Gdy osiem samolotów wyrównało szyk, niebo było czyste.
Jakby los zrobił nam miejsce.
Green light dało znak, że już czas
I wtedy to się zaczęło.



fot. Kasia Walczak
SKOK W HISTORIĘ
Wyjścia z maszyn były jak z choreografia teatru Balszoj — szybkie, twarde, pewne.
Powietrze huczało, a ludzie byli jak strzały: lecieli dokładnie tam, gdzie powinni.
Pierwsze dokowania — klik, klik, klik — precyzyjne, pewne.
Baza stała spokojnie jak sekwoja w bezwietrzny dzień.
Gdy kolejne rzędy podpinały się na swoje miejsca, formacja zaczęła rosnąć jak pulsująca struktura, dokładnie taka, jaką miała być. Tylko spokojnie.
Dokowanie. Wdech. Stabilizacja. Powoli. Mamy czas. Dokładność i spokój
104
osoby, decyzje, małe światy połączone w jeden.
Pod koniec skoku czas zwolnił.
Dosłownie. Kolejne sekundy trwały dłużej niż zwykle.
Ostatnie dokowania weszły z chirurgiczną precyzją.
I usłyszeliśmy wszyscy przez radio głos Chrisa „Complit”.
mat. Robert Kowalski-Bertus
Ostatnie sekundy stabilizacji dla oceny sędziowskiej
3…
2…
1…
JEST. STABILNE.
To te trzy sekundy decydują o wszystkim.
Te trzy, w których nic nie może się zachwiać.
I właśnie w tych trzech sekundo-minutach wszyscy wiedzieli:
to się dzieje. To jest rekord!!!!!!!!!!!
Rozejście i eksplozja dźwięku
Sygnał do odliczania „starburst”
Formacja rozwija się w kolorowy wir dmuchawców.
104 czasze rozkwitają jak eksplozja barw.
Ta cisza na ziemi, która wisiała cały poranek pęka.
Najpierw krzyk jednego.
Potem drugiego.
Potem całej strefy.
JEEEEEST!
Nie ma nic głośniejszego niż krzyk ludzi i brawa, którzy właśnie spełnili coś, co jeszcze dzień wcześniej wydawało się odległe.
Uścisków tyle, że nie da się ich policzyć.
Łzy, śmiech, niedowierzanie.
I ta jedyna w swoim rodzaju myśl:
„Jest!!! Zrobili 104. Nowy rekord świata.”
Finał — euforia, ulga, wspólnota
Kiedy wszyscy wylądowali, wydarzyły się dwie rzeczy naraz:
krzyk i cisza.
Krzyk — bo 104 to nasze, wywalczone, prawdziwe.
Cisza — bo gdzieś pod spodem przeszła fala ulgi, która dosłownie ugina kolana.
Bilety.
Zmiana stref czasowych.
Bezsenne noce.
Obolałe barki.
Setki minut w tlenie.
Dni na standby.
Naprawiane czasze, rotacje, łapanie slotów w ostatniej chwili.
To wszystko nagle miało sens.
Każdy łapie kogoś w ramiona.
Każdy się śmieje i płacze jednocześnie.
104 to nie jest „mniejszy rekord”.
To rekord wymierzony w rzeczywistości, nie marzeniach.
W tym, co dało się zrobić — a nie w tym, co chcielibyśmy zrobić.
I dlatego jest tyle wart.
Bo jest prawdziwy.









fot. Kasia Walczak
I teraz najważniejsze
Po udanym i zaliczonym przez sędziów 104 osobowym kolosie niebios apetyty wzrosły i podjęto próbę pięknej cyfry 111. A co??? A dlaczego nie???!!!!
Ta jedna próba, mimo że nie weszła z przyczyn różnych, zasiała coś więcej.….
Kolejne ziarnko na następne lata
Głód nowego wyzwania
Chęć poprawy.
Chęć powrotu.
Chęć czegoś jeszcze większego.
Teraz już nie pytamy „czy”.
Teraz pytamy tylko „kiedy?”.
I to „kiedy” wisi w powietrzu jak obietnica, której jeszcze nikt nie wypowiedział na głos.

fot. Kasia Walczak

fot. Internet

fot. Gustavo Cabana
O pretensjach, które nie mają prawa istnieć
To będzie krótko, ale mocno. Inaczej się nie da.
W rekordach dużych formacji zmiany w składzie nie są ani karą, ani nagrodą.
Nie są faworyzowaniem, nie są „zabawą w lepszych i gorszych”, nie są osobistą oceną człowieka.
Są koniecznością.
Tak działa regulamin, tak działa bezpieczeństwo, tak działa realna odpowiedzialność za 100+ ludzi lecących kilometry nad ziemią w jednym geometrycznym, żywym organizmie.
Pretensje są ludzkie. Każdy ma ego, każdy chce być w środku akcji, każdy chce dopiąć własną historię.
Ale pretensje w kontekście rekordu stają się po prostu… niesprawiedliwe.
Bo rekord to proces, nie moment.
To zespół, lata pracy, obliczeń, nie „lista nazwisk”.
To układanka, w której każdy, absolutnie każdy, od skaczących po tych na ziemi, od łapiących kamerę po układających czasze, od riggerów po briefingowców, od osób robiących zdjęcia po tych biegających ze slotami, jest częścią wydarzenia. Trybikiem wielkiej machiny sukcesu.
To wszystko razem składa się na to, że 104 osoby mogły znaleźć się na właściwych miejscach, we właściwym czasie, we właściwej przestrzeni powietrza.
Zakończenie – osobista refleksja
Kiedy piszę te słowa, jedna myśl wraca jak refren:
rekord to suma ludzi, decyzji, emocji i odwagi.
To piękno współpracy, które rzadko udaje się zobaczyć w tak czystej postaci.
Tutaj każdy zostawia ego przy drzwiach, bo w środku liczy się wspólna geometria i odpowiedzialność.
W życiu nie zawsze robimy to, co chcemy.
Częściej robimy to, co jest potrzebne.
I właśnie dlatego takie historie zostają z nami na zawsze.
Bo w nich jest nie tylko wynik.
Jest człowiek.


fot. Kasia Walczak i Michael Chico Tomaselli












































