Święty spokój, czyli sztuka niebycia dla wszystkich i z każdym.

Kobieta leży spokojnie na łóżku z zamkniętymi oczami i delikatnym uśmiechem. Symbolizuje wewnętrzny spokój, akceptację siebie i wolność od toksycznych relacji.

Święty spokój, czyli sztuka niebycia dla wszystkich i z każdym.

Czyli o tym, że lepiej posiedzieć samemu w domu niż w grupie wkurwiaczy.

Wszyscy zmęczeni, wszyscy udają.

Wszyscy są zmęczeni, ale udają, że nie mają czasu, żeby to zauważyć.
Świat pędzi, a ludzie prześcigają się w tym, kto bardziej „ogarnięty”, „zmotywowany” i „wdzięczny za każdy dzień”, chociaż w środku najchętniej wrzuciliby wszystko w kosz na śmieci i poszli spać na tydzień.

Media społecznościowe karmią nas obrazkami ludzi, którzy o szóstej rano piją zielony koktajl i twierdzą, że to daje im „energię na cały dzień”. Tymczasem większość z nas ledwo ma siłę podnieść kubek z zimną kawą z wczoraj.

W dzisiejszych czasach cisza jest podejrzana, a spokój brzmi jak wymówka dla leniwych.
Jeśli nie jesteś w ruchu, w procesie, w wyraźnym ale niepotrzebnym zapierdolu czy w drodze do czegoś „większego” rozwojowego to jest coś z Tobą nie tak.
Bo przecież musisz się rozwijać, pracować nad sobą, błyszczeć, a najlepiej jeszcze wyglądać jak filtrowane milion dolarów.

Spokój to dziś luksus, a cisza podejrzana.

Jeśli już kiedyś próbowałeś odmówić udziału w hucpach stada ludzi to zdążyłeś zauważyć, że padają pytania i stwierdzenia:

Spokój? Luksus. Na pewno udawany.
Cisza? Dziwactwo. Odludek. Dziwak.
Autentyczny luz? Uznany za defekt w systemie. Trzeba się Ciebie bać.

Toksyczna pozytywność czyli przymus spokoju na pokaz.

Żyjemy w czasach, w których nawet emocje mają swój marketingowy szablon sprzedażowy.
Nie możesz już po prostu być wkurzony, zmęczony czy rozczarowany. Zwyczajnie i po ludzku. Musisz to „przepracować”, najlepiej z uśmiechem i pastelowym tłem w relacji wszędzie gdzieś się da.

Złość? Nie wypada. Coś taki nerwowy – musisz iść do lekarza coś przepisze.
Smutek? Nieatrakcyjny. Depresja jak nic- tabletki.
Cisza? W główce się pojebało. Księżniczka obrażona.

„Nie denerwuj się”. Jak zabijamy prawdziwe emocje pod hasłem pozytywnego myślenia.

Z każdej strony słyszysz: „Nie denerwuj się”, „nie narzekaj”, „pomyśl pozytywnie”. Jakby to było magiczne zaklęcie, które rozwiązuje problemy, a nie zwykła przykrywka dla niewygodnych emocji.
Tylko że prawdziwy spokój nie rodzi się z tłumienia, tylko z rozumienia.

Nie da się żyć w świecie, który wali po głowie tysiącami bodźców wszelkich, i udawać, że to masaż relaksacyjny.
Czasem trzeba się po prostu wkurzyć tak zdrowo, bez filtra, bez emotki.
Bo jeśli ciągle zaklejasz swoje emocje naklejką „bądź wdzięczny”, to prędzej czy później eksplodujesz tylko w ładnym, pastelowym opakowaniu ze sztucznym uśmiechem. Albo co gorsza w momencie najgorszym z możliwych.

Kiedy autentyczność stała się emocjonalnym marketingiem.

Społeczeństwo zrobiło z „pozytywnego myślenia” nową religię.
A spokój? STAŁ SIĘ KOLEJNĄ KATEGORIĄ W SKLEPIE Z ROZWOJEM OSOBISTYM.
Kup sobie świeczkę o zapachu lawendy, zrób pięć oddechów i udawaj, że już wszystko dobrze.
Problem w tym, że nie zawsze jest. I to też jest w porządku.

Znów przekroczona jest granica złotego środka. Dobrze jest pozytywnie myśleć i z takim nastawieniem wstawać rano i działać cały dzień. Tak, racja nastawienie to 80% sukcesu. Pamiętaj jednak, że jeśli nie będziesz stosować BHP życiowego Twoje pozytywne nastawienie będzie kolejnym kamyczkiem do Twojej frustracji i „zaburzenia” spokoju. Bo jak to? Inni mają spokój, a ja nawet tego nie mam?

Nie, inni nie mają tak jak i Ty, mają jedynie relacje i rolki, czy co tam się publikuje jeszcze.

Granica to nie spokój z nieba, tylko z decyzji.

Spokój nie spada z nieba jak konfetti.
Trzeba go sobie wywalczyć, wypracować najczęściej słowem „NIE”, które czasem jest nieziemsko trudne.

Duże NIE:

Dla ludzi, którzy męczą,
rozmów, po których masz ochotę wypić litr melisy,
sytuacji, w których czujesz się jak tło do cudzej dramy.

To nie jest egoizm. To higiena psychiczna – BHP.

Świat próbuje Ci wmówić, że trzeba „być otwartym”, „cierpliwym”, „rozumiejącym”. Jasne, do pewnego momentu tak, dopóki nie zaczynasz rozumieć za bardzo, aż do własnego wyczerpania.

Czasem najlepszą formą troski o siebie jest zostanie w domu i wyłączenie wszystkiego, ludzi, powiadomień, oczekiwań.
Bo prawda jest taka, że nie każdy zasługuje na Twoją obecność.
Nie każdy kontakt musi być utrzymany, nie każde spotkanie ma sens.

Samotność nie jest przegraną, tylko regeneracją.

Samotność nie jest karą.
To nie znak, że coś z Tobą nie tak,. To znak, że zaczynasz w końcu siebie słuchać.

Siedzenie samemu w ciszy, w domu to nie przegrana, to luksus, na który wreszcie sobie pozwalasz.
Lepiej posiedzieć samemu w domu niż z grupą wkurwiaczy, którzy wysysają z Ciebie resztki spokoju i potem pytają:

„Czemu jesteś taki cichy?”

Otóż dlatego. Bo cisza to czasem jedyny sposób, żeby znowu słyszeć siebie.

Samotność nie boli. To strach nas paraliżuje.


To pozorne relacje wypalają duszę.

Pomyśl jak może być pięknie. Siedzisz sam w domu, pijesz herbatę, patrzysz w sufit.
Cisza. Spokój. Nikt Ci nie przerywa, nie marudzi, nie zawraca głowy.
Nie musisz grać, udawać, wciągać brzucha ani zgadzać się dla świętego spokoju.

To nie jest samotność. To jest wolność.


Chodzi o to, żeby nie tracić czasu, zdrowia psychicznego i nerwów na udawanie, że „jest fajnie”, kiedy wcale nie jest.

Dlaczego pozorne relacje są gorsze niż żadna?

– Bo wyczerpują bardziej niż praca fizyczna.
– Bo musisz się kontrolować, zamiast po prostu być. Niby jasne, ale nie jasne.
– Bo zaczynasz wątpić w siebie – skoro oni tacy „super”, a Ty się dusisz, to może coś z Tobą nie tak?
– Bo każda interakcja zostawia po sobie ślad – a po tych udawanych zostaje zgrzyt, frustracja i zmęczenie. Zwłaszcza imprezy firmowe. Brrrr

Z uwagi „na wypadanie”. Trochę o naszych nieświadomych zmuszaczach.


Jeszcze gorzej jest, gdy łapiesz się na tym, że nie chcesz tam być, ale jesteś, bo wypada, bo wszyscy idą, bo takie są urodziny/święta/spotkania integracyjne. A potem przewijasz te Instagramy, te fejsbuczki, i patrzysz, jak „wszyscy świetnie się bawili”. Wszyscy tacy uśmiechnięci, tacy zadowoleni, taka atmosfera jak z reklamy. Tylko Ty jeden zastanawiasz się, czy to na pewno ta sama impreza, na której byłeś. Bo przecież pamiętasz, kto kogo obgadywał, kto pił za dużo, kto patrzył spode łba i kto udawał, że wszystko gra.

Bajka Charles’a Perraulta.

Od najmłodszych lat czytano nam bajki, różne. Istnieje teoria, że dlatego dziewczynki jak stają się metrykalnie dorosłymi kobietami to chcą ślub w białej sukni tak jak w bajce z Rycerzem na białym koniu. I żeby żyli długo i szczęśliwie.

Taka dygresja się nasuwa siłą rzeczy, że z czasem okazuje się, że impreza na którą się wydało kupę kasy i miała być spełnieniem marzeń z dzieciństwa, była do bani – bo właśnie te pozorne znajomości i pseudo przyjaciele obnażyli swoje oblicza, a z rycerza okazał się nie Książę z bajki a zwykły zakuty łeb. Oczywiście nie zawsze i nie wszędzie.

Dlatego mając z tyłu głowy bajki, w tym autorstwa Perraulta, oglądasz ten cały medialny „bełkot” i zazdrościsz, że taka fajna zabawa i zdjęcia z wakacji cudownych par i zazdrość Cię bierze, że Ty tak nie masz.

Serio?? Naprawdę? Czyżby?

Piękni ludzie, udane związki, kochające się Psiapsi – pełna harmonia. Taaaaa tylko wielokrotnie (o czym wiesz, ale jeszcze nie jesteś świadomy), że jak odkładają telefon to czar pryska – syndrom Kopciuszka. Przychodzi północ i cyk, koniec bajki. Uśmiech znika, radość ulatuje, a pozorna zgoda i wielka miłość przeskakuje w nienawiść i zmęczenie. Więc nie wierz we wszystko co widzisz. Zresztą sam wiesz jak jest.

Różne typy relacji.

Są ludzie, którzy nie lubią Ciebie (bo nie wszyscy muszą Cie lubić), ale siedzą obok i udają, że wszystko gra, z uśmiechem na twarzy serwują bierne-agresje w stylu „Ty to zawsze masz coś do powiedzenia…”
Są znajomości, które są tylko z przyzwyczajenia. Dawno się skończyły wspólne cele, hobby, imprezowanie i głupawki, praca czy dzieci w jednej szkole. Spotykacie się z powodu…. no nie wiem czemu w sumie. Przez zasiedzenie?
I są też relacje, które trwają nie dlatego, że jest dobrze, tylko dlatego, że lepiej z kimś niż samemu. Czyli dla świętego spokoju? Czy z syndromu poświęcenia? Czy jeszcze z innych przyczyn.

Iluzja relacji, godzenie się na bylejakość.

Potrafimy się pogodzić ze wszystkim.
Z brakiem czułości, z kłamstwem, z ciszą po kłótni, która nigdy nie kończy się przeprosinami.
Powtarzamy sobie, że „tak już jest”, bo tak żyły nasze rodziny i środowisko. Bo co ludzie powiedzą? Żyje sama to na pewno dziwka, albo jeszcze inne głupoty dobrze nam znane. Bo trzeba znosić z godnością, czekać, cierpieć i mieć nadzieję.
Że lepiej z kimś, choćby źle, niż samemu dobrze.

BZDURA, BZDURA i jeszcze raz BZDURA.

Strach przed samotnością gorszy niż zła miłość.

I tak codziennie podpisujemy mały pakt z własnym koszmarem w zamian za kilka chwil ciepła, za dotyk, który ma udawać miłość, za możliwość pokazania się w towarzystwie z kimś.
Zamieniamy siebie na spokój pozorny, na układ, na święty spokój rodzinnych programów.

Kiedyś ktoś zapyta:
„Kogo kochasz najbardziej?”

co odpowiadasz? „Ją/Jego.”

A myśl w głowie dopowiada szeptem:
„Bo siebie już dawno przestałem/am.”

Kochanie siebie to jedyna opcja, która cię nie oszuka.

Tylko my się tego boimy.
Bo łatwiej akceptować mierność niż wziąć odpowiedzialność za własne szczęście.
O tym już pisałam tydzień temu.


Łatwiej znosić bylejakość w imię chuj wie czego niż spojrzeć w lustro i powiedzieć: „zasługuję na więcej”.

Bo jeśli nie szanujesz siebie, to dlaczego ktoś inny miałby?
To jak w samolocie komu najpierw zakładasz maskę tlenową gdy nastąpi krytyczny moment?

(no właśnie)

Strach przed samotnością to największe więzienie

Boimy się być sami. Bo co, jak się nikt nie pojawi na horyzoncie?
Jak nie będzie miał kto zadzwonić? A jak nikt nie zaprosi na kawę?
O Matko nie będzie z kim wyjść w weekend?

No i co z tego?

Akceptowanie ze strachu beznadziejności nie pozwala nam na nowe opcje. Bo się na nie zamykamy. Tylko tyle i aż tyle. Jak zawsze powtarzam, boimy się nowego i nieznanego. Tak pracuje nasz mózg, logika. Odpuść logikę i posłuchaj serca. Ono szepcze cichutko, więc go nie zagłuszaj hałasem życia.

Dla jasności i wyjaśnienia. Nie chodzi też o to, żeby w każdej z naszych relacji było coś czym możemy się wznosić, wymieniać, inicjować i korzystać. Mam na myśli relacje z drugim człowiekiem niekoniecznie siedząc sobie na głowie, trzymając się za ręce i „tititanie” spijając z dzióbków nektar. Wiem, że na dłuższą metę to i kota można zagłaskać na śmierć. Każdy kto miał domowego zwierzaka wie, że nie zawsze zwierz ma chęć na „tulanie”. Każdy potrzebuje przestrzeni do życia dla siebie samego.

Dlatego pisząc o związku, to nie każdy związek ma być blisko fizycznie. Chodzi o to, że cudownie mieć świadomość, że gdzieś jest/są osoby z którymi czujemy się wolni, akceptowani i szanowani.

Samotność nie jest męcząca.
To fałsz wyczerpuje pokłady energii życiowej.

Fajnie jest zdać sobie z tego sprawę. I tak, wiem trudno jest ze zrozumienia, poczuć ten stan.
Może właśnie dzisiejszy artykuł pomoże w „kliknięciu” czegoś w Tobie i poczuciu,że czas spędzony w swoim towarzystwie może być najpiękniejszym prezentem, jaki sobie dasz.
Nie musisz się wtedy nikomu tłumaczyć, nie musisz iść na kompromis, nie musisz znosić cudzego jęczenia, narzekania, bezsensownych rad i taniej dramy.

Możesz po prostu być.
Oddychać.
Zająć się sobą.
Pooddychać bez tłumów i masek.

Lepiej leżeć samemu w ciszy, gapiąc się w sufit, z lekkim uśmiechem w duszy niż brać udział w teatrze, gdzie każdy gra, a nikt naprawdę nie słucha.

I to nie jest egoizm. To dojrzałość.

Nie, spokój nie jest luksusem.

Luksusem jest nie musieć udawać, że go masz.
Czasem trzeba zostać samemu, żeby zobaczyć, ile ludzi było tylko tłem do Twojego zagłuszania ciszy.
Czasem trzeba się odłączyć, żeby w ogóle usłyszeć siebie.

Im dłużej zwlekasz z decyzją, tym bardziej bolesny jest proces. Ale kiedy wreszcie „kliknie” i dojdziesz do ściany – powiesz głośno dość.
I wtedy ta decyzja nie będzie już z bólu. Będzie z szacunku do siebie.

Na koniec brutalnie. Teoria Pleksy wg Michała.

Jak mawia mój dobry przyjaciel, rzeczony Michał:


„Ludzi w moim otoczeniu nie mam wielu. To są ludzie, o których wiem, że są. Mam o czym z nimi rozmawiać, mam z nimi jak rozmawiać, spędzać czas w ciszy – to nie krępuje. Używamy tego samego języka i korzystamy z tego samego słownika.
Tych jest bardzo mało.

Jest też grupa znajomych za pleksą – wiem, że są, widzę ich, słyszę, ale nie chcę, żeby się zbliżali. Fajnie, że istnieją, ważne, że odgrodzeni. Czasem wymieniamy zdania i poglądy. Zupełnie bez zobowiązań.

No i są ludzie za mleczną pleksą, w worku, a worek w jeziorze. Tych jest najwięcej. Niepotrzebni, hałaśliwi, fałszywi. Widzę ich i to wystarczy, że tam są. Nie chcę z nimi mieć nic wspólnego – a zwłaszcza znać i spędzać ani minuty cennego życia”

Brzmi brutalnie, jeśli słyszysz to pierwszy raz.
Ale prawda jest prosta. Nie jesteśmy stworzeni dla wszystkich. O czym Michał tak poetycko mówi.
Nie każdy zasługuje na dostęp do naszego świata. Tak jak nie do każdego świata i my pasujemy.
Zrozum to z szacunku do siebie… i do tych kilku bliskich osób, którzy naprawdę są po tej samej stronie pleksi co Ty.