Cisza po Ameryce, czyli jak wrócić do siebie,
kiedy Masowa Głupawka Świąteczna w natarciu.
Wróciliśmy z USA już jakiś czas temu, ale dopiero teraz mam wrażenie, że naprawdę wracam do siebie. Wreszcie. Bardzo powoli.
Dużo pracy, sporo roboty innej niż typowe pisanie. Konkret, fokus w tym, co naprawdę chcę robić.
I szczerze? Dobrze mi z tym.
Dobrze mi w mojej samotnej bazie, gdzie ściany nie wyją, dzieci nie piszczą, a jedyny huk, jaki słyszę, to jak coś mi spadnie z biurka.
W Stanach było jak na permanentnym festiwalu: samoloty, lotnisko, starty, lądowania, ludzie mówiący w każdym języku, wielkie sklepy i jeszcze większy hałas. Wszystko na pełnej petardzie. I o to właśnie chodziło. Dużo się działo. Piękny czas!
Choć dla „samotnika” z wyboru mocno przebodźcowany.
Normalne życie, niby nic wielkiego ale dla mnie za dużo, za głośno, za mocno. Wytrzymałam 1,5 tygodnia. Ostatnie dni spędziłam już w słuchawkach. Chcesz we wszystkim uczestniczyć, ale system nerwowy mówi STOP.
Dobrze, że był blisko mnie Człowiek, który zauważył co się dzieje i wyjmował słuchawki z wymownym „ocznym” spojrzeniem – Katarzyna!! To już czas!!. Dziękuję Ci za to.
Zatem powrót do własnego cichego miejsca był jak powrót na pustynię, do samotni.
Cisza, która leczy.
I wszystko byłoby piękne, gdyby nie to, że nadciągnął już on: grudzień.
A wraz z nim Masowa Głupawka Świąteczna.
Co roku to samo:
tony żarcia, zakupy na autopilocie, prezenty, których nikt nie potrzebuje, i presja, że powinnaś, musisz, sprzątnij, kup, zrób, poświęć się, zmień pościel na świąteczną, upiecz, ulep, udowodnij.
Reklamy walą w człowieka, każąc ci wierzyć, że bez zegarka, którego nikt nie nosi, i sweterka z reniferem życie twojej rodziny się zawali.
A jak nie kupisz?
To poczucie winy.
Jak nie wysprzątasz?
To wstyd.
Jak nie zdążysz?
To tragedia.
Presja Rodzinnych Tradycji
I jeszcze ta cała presja „rodzinnych tradycji”, w których ludzie udają, że się lubią, podczas gdy byle o kawałek karpia gotowi są się pozabijać.
W sklepach stosy „śmieci” o wątpliwej jakości. Bo co kupić na prezent jak wszystko jest dostępne od ręki na zawołanie o każdej porze roku? Jak wszyscy wszystko już mają? Większe? Mocniejsze?
Świat przyspiesza. Wszystko mocniej, głośniej — jak ostatni najtrudniejszy level gry komputerowej, tylko nikt nie chce w nią grać, ale wszyscy muszą.
Ja się z tego wypisałam jakiś czas temu.
To wcale nie było proste, ale dałam radę.Teraz tylko patrzę na ludzi wokół siebie, jak gonią z wyłączonymi mózgami za niewidocznym króliczkiem.
Obiad z rodziną mogę zjeść w każdy inny dzień, za pół ceny i bez tłumu w sklepie.
Świąteczne jedzenie smakuje identycznie w styczniu, a prezenty mogą być symboliczne, bo przecież kiedyś też takie były. Albo może ich wcale nie być.
W każdym razie nie po to, by rywalizować, tylko by powiedzieć: pamiętam o tobie. Aczkolwiek, jestem zwolenniczką informowania co komu jest potrzebne i co zawiera List do Mikołaja.
Najtrudniejsze do przebycia jest to, żeby zmienić tok myślenia. I jeśli ktoś mówi, że nie ma żadnych zapotrzebowań, TO TYCH ZAPOTRZEBOWAŃ NIE MA! Tego się nauczyłam od mężczyzn, bo my kobiety mamy tak (z pokolenia na pokolenie), że niby nic nie chcemy a jednak „domyśl się”. To też zrobiłam STOP. Jeśli nic nie chcę to NIE CHCĘ!! I nie oczekuję skarpety niespodzianki.
Sprzątanie, kolejne świąteczne musisz.
Skąd w ogóle wzięło się to całe „musisz posprzątać i się zajebać przed świętami”?
Tutaj zaczyna się ciekawa część.
Tradycja „świątecznego sprzątania”, którą dziś wciska się nam na każdym kroku, ma bardzo proste i bardzo dawne korzenie.
W czasach, kiedy ludzie żyli zgodnie z cyklem roku, rytm życia był zupełnie inny. Po dożynkach, po jesiennych pracach, po zabezpieczeniu zapasów na zimę następował czas porządków gospodarskich.
Dlaczego?
Bo zaczynało się przednówie — okres, kiedy nie było już co robić w polu, a do kolejnego sezonu jeszcze daleko.
To był naturalny moment, żeby:
- uporządkować dom i obejście,
- naprawić sprzęty,
- zrobić remanenty,
- ogarnąć to, na co nie było czasu latem.
I wtedy kościół, widząc że ludzie i tak sprzątają, powiedział:
„Perfect! To będzie przygotowanie do świąt”.
Sprytne? Pewnie.
Naturalne? W tamtych czasach — tak.
Ale teraz?
Czy wartości sprzed 200 lat mają sens w życiu, które zmienia się co 5 minut?
Technologicznie zrobiliśmy przeskok, który jeszcze pięć lat temu wydawał się science-fiction.
Ale w głowie nadal działamy jak nasi prapradziadkowie, którzy musieli prać ręcznie, wieszać siano pod sufitem i sami robić świeczki.
Tylko że my nie żyjemy w rytmie natury.
Niec hodzimy spać z zachodem słońca, wstajemy z pianiem koguta.
Nie „żniwujemy”, nie orzemy, nie solimy mięsa na zimę.
Za to pracujemy 24/7, odbieramy maile o północy, fruwamy między kontynentami, jemy w biegu i jesteśmy wiecznie przemęczeni.
Czy naprawdę musimy udawać, że „tradycje” sprzed dwóch wieków mają sens w pędzie, w którym żyjemy?
Może zamiast tego warto zadać sobie pytanie:
co z tych tradycji było dobre, a co jest tylko presją społeczną udającą wartość?
Bo może 200 lat temu było spokojniej.
Wolniej.
Z rytmem, z sensem, bez bombardowania bodźcami.
Prezenty były symboliczne, robione ręcznie, przekazywane z myślą o osobie, a nie byleby było co położyć pod choinką.
Może naprawdę coś wtedy działało lepiej.
I pewnie dlatego tak bardzo ciągnie mnie do ciszy
Moje miejsce, moje tempo, mój rytm.
Bez tego całego haju grudniowego, który wcale nie daje radości tylko złudzenie, że tak trzeba.
A prawda jest prosta:
nic nie trzeba.
Można wybrać inaczej.
Ja wybieram spokój.
Usiądź. Pomyśl. Zadbaj o swój własny grudzień.
Usiądź na chwilę.
Odłóż telefon, wyłącz ten cały grudniowy hałas, przymknij oczy i zapytaj siebie:
czego ty właściwie chcesz?
Bo przyznaję, że to wcale nie było łatwe.
Spojrzeć na świąteczną głupawkę inaczej.
Odczarować ją sobie.
Wytłumaczyć samej sobie, i po części Rodzicom, że nie muszę odsuwać kanapy w grudniu, że okna mogę myć wtedy, kiedy są brudne, a nie dlatego, że kalendarz wrzeszczy: „Grudzień! Fruń po ocet i stare gazety!”.
To wcale nie jest łatwe, zrobić głupio prostą rzecz:
przestać udawać, że tak „musi” być.
Trudno też pogadać z rodziną, powiedzieć na głos, że nikt z kuli ziemskiej nikogo nie wyrzuci tylko dlatego, że zjemy karpia w styczniu, pierogi w marcu, a kapustę w sierpniu.
Trudno im powiedzieć:
„Słuchajcie, ja chcę inaczej”.
Bo nasze pokolenie umie już trochę zatrzymać ten bieg,
a nasi Rodzice dalej próbują nas wciągnąć w koleiny, które znają:
„bo tradycja”.
Tylko czym jest tradycja dzisiaj?
Czy naprawdę ma znaczyć jeszcze szybszy zapierdziel, więcej zakupów, większe oczekiwania, więcej presji?
Czy może jednak tradycja powinna znaczyć miłe spotkanie, normalny oddech, uśmiech, a nie sprint po galeriach i odhaczanie listy obowiązków?
Może lepiej pójść do lasu na spacer.
Złapać powietrze.
Zatrzymać się.
A karpia zjeść wtedy, kiedy wam smakuje.
Nie wtedy, kiedy telewizja każe.
Prezenty kupować wtedy, gdy komuś czegoś naprawdę potrzeba.
Nie czekać na choinkę, żeby wbić się w ten sztucznie napędzany konsumpcjonizm, który zaczyna się już w listopadzie.
Może grudzień nie musi być gonitwą.
Może może być twoim czasem — takim, jaki TY wybierzesz.
I to jest największy prezent, jaki możesz sobie dać.
Życzę Ci tego z całego serca Drogi Czytelniku.

