Dlaczego ciągle narzekamy i co to nam daje (poza wrzodami i fałszywym poczuciem wspólnoty).
Już po połowie października – czyli znów jesień, zimno i ponuro.
Czas, gdy człowiek budzi się w ciemności, wychodzi z pracy w ciemności i zasypia też w ciemności (co w sumie jest normalne).
Zaraz w weekend zmiana czasu, więc słońce o piątej trzydzieści chowa się za horyzontem, a razem z nim chowa się nastrój, energia i zdrowy rozsądek.
Zaczyna się sezon narodowego przygnębienia, czyli czas Ciemności, który płynnie łączy się z naszym lokalnym Ciemnogrodem.
Bo wbrew temu, co mówią psychologowie, Polakom nie trzeba listopada, żeby wpaść w depresję.
My mamy ją wbudowaną w DNA. Działamy całorocznie, bez względu na porę roku.
Wiosną narzekamy, że pyli, latem że gorąco, jesienią że szaro, zimą że zimno. U nas sezonowe zaburzenia nastroju nie są skutkiem braku światła, tylko nadmiaru opinii i TRADYCJI.
Narzekanie to nasz sport narodowy.
Nie piłka nożna, nie skoki narciarskie, nawet nie grillowanie na balkonie w styczniu.
Nie.
Prawdziwy Polak zaczyna dzień od westchnienia: „Znowu poniedziałek, cholera”, a kończy go głęboką refleksją egzystencjalną: „I po co ja w ogóle żyję w tym kraju?”
Narzekanie mamy we krwi. Nie wiadomo, czy to kwestia klimatu (wiecznie szaro, wieje i akurat jak wyschną włosy, to lunie), czy genetyki, ale jeśli przodkowie potrafili przez 123 lata narzekać na zaborców, a potem przez kolejne sto na wszystko inne, to nie ma się co dziwić, że wciąż mamy wprawę i doświadczenie pokoleniowe.
Witamina „N”
Potem cały dzień suplementujemy się „witaminą N” – narzekaniem: na korki, dzieci, ceny, współspacza i pogodę. W końcu organizm się przyzwyczaja. Bez tego zastrzyku żółci nie funkcjonuje. A z czasem – jak każda używka – zaczyna niszczyć od środka.
Bo, drodzy państwo, narzekanie to cichy zabójca. Nie widać go w wynikach badań, ale działa:
- podnosi ciśnienie,
- psuje trawienie,
- marszczy czoło i serce,
- a z czasem prowadzi do zaników optymizmu.
Narzekacz chroniczny starzeje się szybciej, bo jego twarz przez większość życia trzyma się w pozycji „zdegustowanej”. Niektórym już tak zostało i wyglądają, jakby narzekali nawet we śnie. Usta w podkowę, zmarszczki na czole, wyraz twarzy frustrata. Bez kija nie podchodź. Wieczny WKURW.
Społeczny rytuał biadolenia.
W naszym kraju narzekanie to rytuał towarzyski. Ludzie potrzebują wspólnoty, a nic nie łączy tak, jak wspólny wróg: rząd, pogoda, korki albo sąsiad z wiertarką.
To nasza forma „pogawędki kontrolnej”:
– Jak tam?
– Aaa, nie pytaj…
– No wiem, wszędzie to samo…
I już. Dwie minuty rozmowy, a jaka więź!
Zamień rytualne biadolenie, na pozytywne odpowiedzi.
Toż to szok!
I nagle JA „złośliwa”, ale pogodna, napotykam osobnika kipiącego żółcią i odpowiadam z uśmiechem (zgodnie ze swoim sercem):
– U mnie cudownie!
I wtedy dzieje się „magia”. Jak w tym memie z kotem i obliczeniami.
Cisza.
Zawieszenie systemu.
Na twarzy rozmówcy pełne zmieszanie, jakby próbował załadować nowy temat z błędem 404.
Bo co teraz?
Nie można narzekać wspólnie!
Brak wspólnego mianownika!
Nie da się przecież z kimś narzekać, kto jest zadowolony. To jak próba gry w szachy z gołębiem – przewróci pionki i odleci w słońce, szczęśliwy.
I tu otwiera się przepaść. Bo Polak nie chce rozmawiać o sukcesach. (to temat na inny tekst, który też powstanie, że nie umiemy, nikt nas nie nauczył się chwalić – bo to pycha i samochwalstwo)
Polak chce wspólnie cierpieć. To forma budowania więzi jak narzekanie na wszystko.
Kontrolne narzekania pogodowe.
Szczytem absurdu są rozmowy o pogodzie.
– Ale zimno, co za pogoda?? – słyszymy w styczniu
Albo latem:
– Upał, nie da się żyć! Kto to widział?
Kolejny pretekst do narzekania, bo jak w czerwcu może być tak gorąco?
– No nie ma pogody!!
Ale przecież pogoda jest zawsze. To my jesteśmy źle ubrani albo źle nastawieni.
Żyjemy w kraju, gdzie od wieków wiadomo, że są cztery pory roku, a ostatnio nawet sześć, jeśli doliczyć „przedzimie” i „powspółwiośnie”. Albo dwie niby wiosnolato i niby jesieniozima. Jak kto woli.
A mimo to każdy listopad nas zaskakuje jakbyśmy pierwszy raz w życiu widzieli liść spadający z drzewa i zimny deszcz.
Narzekanie jako wyznanie wiary i test normalności.
W Polsce jeśli nie narzekasz, to jesteś podejrzany.
Natychmiast ktoś pyta z troską (albo pogardą, zależy od tonu):
– A co ty bierzesz, że tak się cieszysz?
Albo jeszcze gorzej:
– Ty chyba świata nie widzisz, co się dzieje! Ślepiec jakiś!
Bo przecież jeśli człowiek nie jest wiecznie zmartwiony, to musi być albo na tabletkach, albo – o zgrozo – zdrowy psychicznie.
A zdrowy psychicznie wśród narzekających wygląda jak kosmita na zebraniu spółdzielni mieszkaniowej.
To się zaraz znajdzie ktoś życzliwy, kto powie:
– Idź do lekarza, niech ci coś przepisze, bo to nienormalne tak się cieszyć bez powodu.
Narodowy kabaret polityczno-geograficzny.
Drugim filarem narodowego narzekania są rozmowy o świecie.
Uwielbiam te mądrości:
– Tusk to, Tusk tamto!
– A te Chiny! Tam to kombinują!
– A Ameryka! Już dawno po nas!
I tak dalej, przez trzy godziny tylko biadolenie.
Najlepsze jest to, że ów światowy analityk nigdy nie był dalej niż w Egipcie na all inclusive, oczywiście, czyli w zamkniętym ośrodku, gdzie jego największy kontakt z lokalną kulturą to kelner Ahmed i magnes z napisem „I love Kairo”.
Ale za to wie wszystko o globalnych kryzysach, wojnach walutowych i planach CIA.
Mówi o tym z pasją, jakby co najmniej doradzał ONZ-owi, a nie sprzedawał…. wpisz cokolwiek chcesz.
A ja się pytam – po co?
Co mnie obchodzi, że w Ameryce ktoś wymyślił coś, czego ja i tak nie użyję?
Jak to wpływa na moje szczęście, że Tusk coś powiedział, a ktoś inny coś odparł?
Nic. Absolutnie nic.
Moje samopoczucie nie zależy od notowań giełdowych w Nowym Jorku, tylko od tego, czy kawa mi nie wystygła i czy słońce dziś zaświeciło chociaż przez pięć minut. A jak wystygła to wypiję zimną, a jak słońce nie wyskoczy na 3 sekundy, to zafascynuję się chmurami, albo kolorem nieba. Odrobina ciekawości świata w obrębie 300m dookoła. To jest mój świat, który realnie wpływa na mnie.
Narzekacze świata — kto nam dotrzymuje kroku (i komu dotrzymujemy).
Nie to, że jesteśmy jedyną światową nacją, która narzeka. Nie mamy w tej dyscyplinie monopolu. Mistrzostwo osiągamy, a jakże, ale na pocieszenie konkurencja również istnieje. I tak:
Francja — narzekanie jako sztuka narodowa.
Francuzi „używają” narzekania jako komponent „kulturalny” i historyczny. Społeczne prawo do krytyki, do protestu. U nas też narzekanie służy jako forma werbalnego sprzeciwu, ale w większości bez działania. Francuzi częściej od nas przekuwają „marudzenie” w czyny.
Grecja — narzekanie w warunkach permanentnego kryzysu.
Bywa rytuałem przetrwania, a nie luksusem. To swoistego rodzaju sposób radzenia sobie z realnym niedostatkiem i frustracją systemową.
Singapur — „narzekanie online” jako forma społecznej kontroli.
Ciekawe zjawisko: Singapur, mimo iż jest krajem względnie uporządkowanym i sprawnie zarządzanym, ma silną kulturę narzekania online (fora, aplikacje rządowe), gdzie mieszkańcy zgłaszają i krytykują — infrastruktura, komunikacja, administracja.
Tam narzekanie czasem przyjmuje formę obywatelskiej ingerencji: komentarz, skarga — jako sposób „współzarządzania”.
Kraje Ameryki Łacińskiej i USA — konsumenckie narzekanie u władzy i na produkty.
W badaniach dotyczących narzekań konsumenckich Brazylia, Meksyk i Argentyna często widnieją jako kraje z dużym wskaźnikiem skarg na produkty i usługi.
Także w Stanach Zjednoczonych konsumpcyjne narzekanie bywa bardzo silne — choć często w innym kontekście: reklamacje, skargi konsumenckie, opinie negatywne.
To pokazuje, że narzekanie niekoniecznie musi być tylko smutnym lamentem — czasem jest narzędziem reagowania wobec usług i systemów.
My, Polacy,
mamy mieszankę: lubimy narzekać społecznie (polityka, pogoda, państwo), często bez perspektywy zmiany, ale z wielką biegłością w retoryce lamentu. I — co ważne — jak ktoś nie narzeka, to wydaje się niewiarygodny, oderwany od rzeczywistości.
Czemu nie narzekam JA?
Bo NIE MUSZĘ uczestniczyć w tej rytualnej depresji zbiorowej. Nie potrzebuję ciemności jako paliwa dla frustracji. Świat może być brudny, zawiły i okrutny, ale można patrzeć przez inną soczewkę, przez soczewkę wdzięczności, drobnych radości, karmienia ducha.
Męczy mnie psychicznie narzekanie, marudzenie i biadolenie. Męczą mnie takie dyskusje i rozmowy. To wysysa całą energię i przestajesz widzieć to przysłowiowe światełko w tunelu. Ono się zamienia w jadący pociąg frustracji, który Cię rozjedzie – na bank! Potem wstajesz rano i boli Cię cały człowiek. To kolejny powód do narzekania – lekarze, zdrowie. No a jak ma Cię nie boleć, skoro przy narzekaniu wbijamy się w tryb walki i ucieczki, podnosi się adrenalina, a tym samym nasze mięśnie się spinają. Jak się spinają to bolą. I znów karuzela Diabelskiego Koła uruchamia system samodestrukcji.
Dlatego nie narzekam, bo nie lubię jak mnie boli mój kochany człowiek w środku. Szanuję siebie, jestem TU i TERAZ. Deszcz? Fajnie, legalny koc, herbata z miodem i cytryną i książka. A i można posłuchać szumu liści, uderzania kropel o parapet i szukania rytmu takiej ulewy. Skupiajmy się na szukaniu radości, ciekawostek, a nie na bodźcowaniu tematami z drugiego końca świata.
Gdy zaczynamy dostrzegać nawet mikroskopijne pozytywy dzieje się magia. Mózg, stary maruda, nagle dostaje sygnał: „Ej, może jednak nie jest tak źle?”.
I bum – serotonina, dopamina, endorfiny! Wnętrze zaczyna przypominać mały wulkan biochemiczny.
Ciało się rozluźnia, człowiek zaczyna widzieć, że świat to nie tylko rachunki i korki. Mózg, zamiast szukać dziury w całym, zaczyna szukać… no właśnie, kawałka dobra, kolorowego w bałaganie.
Puenta – optymistyczna (a więc podejrzana).
Nie twierdzę, że trzeba chodzić z uśmiechem jak po lobotomii i udawać, że świat to tęcza. Ale może warto czasem zaryzykować lekkie „cudownie” w rozmowie?
Zobaczyć, jak druga osoba próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości, gdzie nie ma się do czego przyczepić.
Bo może właśnie to jest prawdziwy bunt w kraju narzekaczy – mieć dobry humor bez powodu.
Nie dlatego, że wszystko jest idealne, ale dlatego, że mimo wszystko żyjemy, oddychamy, widzimy i słyszymy i, co najważniejsze, możemy wybierać: czy wolimy marszczyć czoło (zmarszczki!), czy uśmiechać się z przekory.
A jak ktoś powie:
– No tak, ale zaraz zima…
to odpowiedzmy po prostu:
– I cudownie! Przynajmniej komary nie będą pogryzać.
I patrzmy na te miny. Bezcenne.
Jeśli czujesz, że twoje narzekanie ma już własny abonament miesięczny?
Napisz do mnie – pogadamy o tym, jak przestawić w głowie klocki postrzegania.
Nie gryzę, nie oceniam. Jedna mała wskazówka, jeden uśmiech zdziałają cuda!

