Oficjalnie otwieram moją… prawie-stronę internetową!
No i stało się. Dziś, proszę Państwa, dzień wielki. Historyczny wręcz. Dzień, który zapisze się złotymi zgłoskami w kronikach mojej cyfrowej nieporadności: URUCHAMIAM SWOJĄ PIERWSZĄ STRONĘ INTERNETOWĄ!
Tak, wiem. Wygląda, jak wygląda. Tu coś wystaje. Tam coś nie działa. Kolory i ustawienia są niby ładne, jednak rozmiary wydają się trochę dziwaczne. Trudno, na razie w nosie z tym to MOJA strona. Stworzona samodzielnie, własnymi „ręcamy”, okiem lekko zezującym na tutoriale i sercem pełnym frustracji.
Jak do tego doszło?
No to usiądźcie wygodnie, będzie historia.
Podejście nr 1:
Mój kolega, człowiek o złotym sercu i jeszcze bardziej złotych intencjach, obiecał, że pomoże. I nawet pomagał. Potem życie, dzieci, praca, korki, coś się rozjechało, a strona – niby była, a jakoby jej nie było. Pojawiała się tylko we wspomnieniach i w folderze „do poprawy”.
Podejście nr 2:
Tu już wchodzi dramat. Weszłam w układ z firmą (podpisałam legalną umowę), która w ramach praktyk miała powierzyć moje marzenie studentom. Miało być logo (za które zapłaciłam). Strona za którą niby nic nie płaciłam, tylko domena i hosting kosztowały pół majątku. Absolutny dziki taniec radości. A co było? Logo które lepiej sama bym narysowała kredką. Strona niby powstała, ale bez publikacji. Firma żądała dodatkowe pieniądze za jakieś ważne usługi bez których strona istnieć nie może…. zatem pieniądze, nie małe poszły w p.…, a strony nikt nigdy nie widział.
Tak się kończy ufność do magicznych ofert i okazyjnych propozycji z Facebooka. Człowiek ma dobre serce i w dobrej wierze chce pozwolić się uczyć studentom czy tam kursantom, a tu masz…babo placek. Wiara w ludzi w takich chwila zostaje mocno zachwiana.
Podejście nr 2 fiasko ze stratą.
Podejście nr 3: Ja. I tylko ja.
Tak, moi drodzy. Ja – osoba, która zna się na technologii jak świnia na gwiazdach, zagorzały boomer wśród millenialsów, królowa „naduszania” przycisków na pałe. Osoba, która przez długi czas sądziła, że WordPress to jakaś strona z wiadomościami.
Ja… zrobiłam stronę. Sama. Od początku do końca. Z błędami, ale z sercem. Z potknięciami, ale z dumą. Zajęło mi to co prawda dobrych kilka miesięcy zanim przeżarłam się przez nomenklaturę i ogarnełam umysłem świat gutenberga i wordpressa
I wiecie co? Dobrze mi z tym. Bo chociaż nie jest to witryna roku, nie świeci jak Times Square i pewnie gdzieś w kodzie czai się jakiś błąd, to jest to miejsce, które powstało z pasji, uporu i… no dobra, z desperacji też trochę
Chciałam stworzyć miejsce z myślą o ludziach takich jak Ty czy ja. Tych, którzy szukają nie tylko informacji, ale też wsparcia, inspiracji i normalnego, ludzkiego kontaktu.
Będzie tu:
- pisane szczerze (czasem z błędem, ale z sercem),
- opowieści o życiu i zmianach,
- teksty z dystansem i z humorem,
- zaproszenia do refleksji, dyskusji i działania.
Nie trzeba być ekspertem. Wystarczy być sobą. A ja, choć amatorsko i po swojemu, tworzę to miejsce właśnie dla takich ludzi prawdziwych, zmęczonych perfekcją i gotowych na prawdziwe rozmowy.
Zaglądaj zatem.
Czytaj z uśmiechem (lub z niedowierzaniem).
Napisz do mnie wiadomość, dobre słowo albo krytykę (też przyjmuję).
Podziel się z innymi, jeśli uznasz, że warto.
A przede wszystkim – bądź.
Bo nawet jeśli strona nie jest idealna, to jest początkiem czegoś bardzo mojego. I może – również trochę Twojego.
Zapraszam.
Z całego serca, z klawiatury pełnej literówek i z dumą godną pierwszego posta.
W końcu WOLNOŚĆ ZACZYNA SIĘ OD DECYZJI, a ta decyzja – o stworzeniu tej strony – była jedną z trudniejszych i lepszych, jakie ostatnio podjęłam.
Do zobaczenia na stronach (tych internetowych i tych życiowych)!
Gospodyni strony koddecyzji.pl
Kasia

