czyli rzecz o tym, czego uczą nas przygotowania do wielkich celów.
My już na Florydzie.

Razem z Rowerem NEXTBIKE, gdzie rozpoczyna się jego przygoda na lądzie za oceanem.
(o przygodach NEXTBIKE-a będzie osobny wpis)
Na razie pogoda bardzo łagodnie i delikatnie wprowadza nas w wysokie temperatury i florydzkie słońce.
Temperatury bliskie tym w Polsce jakby świat dawał nam chwilę na złapanie oddechu przed tym, co nadchodzi.
Bo już za moment rozpoczyna się ostatni etap do finału. Dopinanie szczegółów, ostatnie poprawki, domykanie osiemnastu lat pracy, marzeń i przygotowań.
W dzisiejszym artykule nie chcę jeszcze pisać o samym rekordzie – na to przyjdzie czas.
Dziś chcę opowiedzieć o procesie, o emocjach, o idei, która przez lata scalała ludzi wokół jednego celu,
z perspektywy świadka tych wydarzeń.
O drodze, która uczy, że każdy wielki moment rodzi się z tysięcy małych kroków, rozmów, prób i chwil, gdy powietrze pachnie marzeniem.
Grande Finale
Z ziemi wszystko wygląda prosto – kilkanaście minut ciszy, błysk kolorowych czasz, perfekcyjna formacja w powietrzu.
Moje ulubione rozejście, kolorowe dmuchawce rozpierzchające się po błękitnym niebie.
Dla widza to moment. Wielkie WOW.
Dla tych, którzy żyją tym światem, to efekt lat przygotowań, setek skoków, wyrzeczeń, rozmów, błędów, poprawiania drobiazgów i nauki cierpliwości.
Historia z takimi cudami kolorowych mandali na niebie zaczęła się nie wczoraj, a dużo wcześniej.
Na ziemi, w głowie i w sercu.
Ja mam niebywałą przyjemność obserwować tę historię od lat. DZIĘKUJĘ.
Droga do celu.
Największe rzeczy dzieją się nie w momencie rekordu, ale dużo wcześniej. W ciszy hangaru, w powtarzalnych treningach, w rozmowach o pogodzie i chwilach, gdy uczymy się cierpliwości.
Droga do celu jest prawdziwym doświadczeniem i pięknem samym w sobie.
Dążenie do perfekcji i stworzenie najbardziej optymalnych warunków do zrealizowania celu ludzi z różnych krajów, kontynentów i światów.
Jesteśmy w Stanach Zjednoczonych, w miejscu, gdzie za chwilę rozpoczną się próby bicia rekordu świata w formacji spadochronowej CRW/CF.
To, co dzieje się pomiędzy niebem a ziemią, to nie tylko sport – to lekcja życia.
Jak to się zaczęło, że trafiłam w to miejsce?
Zawsze chciałam skakać.
Zawsze ciągnęło mnie do nieba. Nie w sensie religijnym…
Kiedyś, dawno temu, gdy podjęłam decyzję, że to jest ten moment, żeby spróbować, okazało się, że są nas dwie. Ja i mój brzuch, a w nim Maleństwo.
Plan na skakanie musiał więc poczekać.
Całe szczęście marzenia mają to do siebie, że nie znikają.
Przyszedł czas i odpowiedni moment, że wreszcie poszłam za tym głosem.
Pierwszy skok – smak wolności, powietrze, które ma swój dźwięk i zapach, euforia wymieszana ze strachem, turbo mieszanka adrenaliny z dopaminą, która zostaje w ciele na długo.
I ludzie pełni życia, pozytywni, zakręceni na punkcie tego, co robią.
To był moment, w którym wiedziałam, że trafiłam do swojego świata. WOW.
Nie tylko rekordy.
Świat spadochroniarstwa jest dużo bardziej różnorodny, niż może się wydawać z zewnątrz.
Są klasyczne skoki na celność lądowania, są konkurencje w akrobatyce zespołowej, freefly, freestyle, wieloboje, formacje poziome i pionowe, a także Canopy Formation – czyli budowanie wylosowanych układów w określonym czasie na otwartych czaszach.
Ale jest też coś, co mnie urzekło najbardziej – DUŻE FORMACJE.
Nie są rozgrywane w zawodach. Nie ma podium, nie ma medali, ale są sędziowie.
To czysta współpraca, precyzja i zaufanie.
Ludzie z różnych krajów, w różnym wieku, zjeżdżają się po to, żeby wspólnie stworzyć coś, co trwa zaledwie kilka minut, a zostaje w pamięci na całe życie.
Zakochałam się w tej części spadochronowego świata bez pamięci – w ludziach, atmosferze, skupieniu i śmiechu między skokami.
I od tamtej pory obserwuję – z bliska i z daleka – jak ta społeczność dojrzewa, rośnie i krok po kroku zmierza do tego dnia, który właśnie nadchodzi.
Droga, która trwa latami.
Proces ważniejszy niż sam moment.
Dla wielu z nich całe życie jest podporządkowane skakaniu.
To godziny treningów, praca nad formą, techniką, precyzją. Miliony monet wydane na samokształcenie i doszkalanie.
Tu nie ma przypadków – tak samo jak w sporcie wyczynowym, każdy kilogram ma znaczenie, każdy centymetr ruchu w powietrzu.
Fizyki się nie oszukasz.
Grawitacja nie zmienia zasad tylko dlatego, że ktoś chce bić rekord świata.
Trzeba więc liczyć, analizować, testować, poprawiać.
Pracować nad prędkością wejścia w formację, nad sposobem otwierania spadochronu, nad równowagą ciała, technikami podejścia.
Każdy element musi być dopracowany.
To tysiące mikrodecyzji, które składają się na sekundę perfekcji w powietrzu.
Cierpliwość to nowa forma siły.
W świecie, który kocha szybkie efekty i natychmiastowe rozwiązania, wieloetapowe i wieloletnie przygotowania do rekordu uczą czegoś zupełnie innego – cierpliwości przez duże C.
Każdy obóz, każde spotkanie ma swój rytm. Czasem pogoda nie pozwala skakać. Czasem trzeba czekać.
I właśnie wtedy rośnie siła.
Kogo nie ma na lotnisku, ten nie lata.
Nie możesz sobie pojechać na wycieczkę, bo pogoda może się zmienić – jak to pogoda – i robi się „okno”
A jak cię nie ma na lotnisku to nie lecisz, nie ćwiczysz, nie zdobywasz doświadczenia.
Powtarzalność i rutyna powodują, że mięśnie zapamiętują ruch.
Każdy skok to trening nie tylko ciała, ale i układu nerwowego.
Budowanie nowych połączeń między głową a mięśniami.
Dzięki analizie nagrań, omawianiu poszczególnych etapów budowania struktury, a dalej powtarzaniu tych samych sekwencji ruchów, ciało uczy się precyzji, a błędy stopniowo znikają.
Wielkie cele nie znoszą pośpiechu.
Każdy sukces zaczyna się w głowie.
Czasem coś trzeba powtarzać do znudzenia.
I właśnie wtedy dzieje się najwięcej.
Nie w momencie, gdy wszystko wychodzi perfekcyjnie, tylko wtedy, gdy trzeba zacisnąć zęby i próbować jeszcze raz.
Wtedy poznajesz siebie, swoje granice, emocje, reakcje.
Poznajesz rytm ludzi pracujących wokół ciebie, uczysz się również ich reakcji mimo znajomości technik.
Zdarzają się też i „trudne” momenty. Hmmm…Nerwy i spokój zostają nadszarpnięte kolokwialnie mówiąc.
Po takich momentach powrót do samolotu smakuje inaczej. Nie każdy się z tego podnosi od razu.
Kolejny skok staje się czymś więcej niż tylko kolejnym punktem treningu – to zaufanie odzyskane na nowo.
Każdy, kto był świadkiem sytuacji, w której wszystko potoczyło się inaczej, niż planowano, wie, że następne wzbicie się w powietrze wymaga czegoś więcej niż techniki.
To praca z własną głową, z oddechem, z pamięcią i strachem.
Potem się o tym rozmawia – nie po to, by wspominać, ale by zrozumieć i nauczyć się czegoś, wyciągnąć naukę i wnioski na przyszłość. Nie tylko dla tej osoby, ale również dla innych.
Wtedy zrozumiesz, że rekord to tylko pretekst, żeby stać się lepszym.
To proces osiągający pełnoletność – w przenośni i dosłownie.
Ludzie, którzy są obok.
W tym sporcie nic nie zrobisz sam.
Kiedy 100+ osób ma połączyć się w jedną formację w powietrzu, zaufanie nie jest luksusem, tylko podstawą.
Widzisz, jak rodzi się zgranie, jak różni ludzie uczą się „oddychać” i myśleć w tym samym rytmie.
Każdy ma swoje tempo, swoje miejsce w formacji i strukturze, a sukces zależy od tego, czy potrafią się zsynchronizować i zintegrować.
Wspólnota, która niesie.
W tym wszystkim najbardziej porusza mnie to, co dzieje się między ludźmi.
Wspólnota, która nie kończy się po skoku.
Wspólne posiłki, śmiechy, rozmowy po nocach, przebieranki i symboliczne inicjacje nowych świrów tej dyscypliny – z trunkami wyskokowymi albo bez.
Pomoc, gdy coś się wydarzy – nie taka deklaratywna, tylko prawdziwa, namacalna, fizyczna.
Kiedy ktoś ma trudniejszy moment, grupa po prostu jest.
Przykro to pisać, ale niestety to rzadkość w obecnych czasach, a tutaj pozostało to normą. Szacunek.
To nie są zawodowi sportowcy, ale duszę takowych mają.
Nikt im za to nie płaci.
Organizacja, logistyka, sprzęt, bezpieczeństwo – wszystko oparte na zaangażowaniu, pasji, często wolontariacie.
Każdy daje z siebie tyle, ile może, bo wiedzą, że lecą w tej samej formacji, nie tylko w powietrzu, i od każdego drobnego elementu układanki zależy jej efekt końcowy i kształt.
W tej drodze po sukces, spędzając ze sobą czas – czy w treningach, czy poza nimi – każdy wpuszcza drugiego człowieka trochę do swojego życia.
Nie wszyscy się przyjaźnią, nie zawsze jest łatwo, ale łączy ich coś więcej niż wspólne hobby.
Łączy ich to samo niebo.
I to jest kwintesencja tej pasji, determinacji i dążenia do wspólnego celu – mimo różnic i barier, a jednak w tej samej wibracji.
ZAKOŃCZENIE
W powietrzu każdy milimetr ma znaczenie. Na ziemi – każda decyzja.
Teraz, gdy jesteśmy na miejscu i zbliża się dzień prób, czuję ogromny spokój i satysfakcję, bo wiem, że bez względu na wynik oni już osiągnęli coś wielkiego i pięknego.
Przez lata pracy, cierpliwości, wspólnych chwil i tysięcy skoków.
Ten rekord będzie pięknym symbolem tego, że w powietrzu nie ma podziałów – jest tylko wspólny rytm, oddech, zaufanie i przestrzeń, w której każdy ma swoje miejsce.
Jednak moim zdaniem – z perspektywy niemego świadka tych wydarzeń – prawdziwa wartość kryje się w tym, co działo się przez te wszystkie lata wcześniej.
W tej drodze między niebem a ziemią. Od zakiełkowania pomysłu w głowach ludzi, przez realizację do chwili obecnej.
Śledź drogę do tego rekordu świata!
A właściwie jej ostatnią prostą.
Zobacz, jak wygląda niebo z perspektywy pasji i odwagi.
Relacje i aktualności znajdziesz na stronie rekordu – TUTAJ
A TUTAJ chwila wspomnień okiem fotografa Gustawo Cabana z rekordu w 2007 roku. Poczuj te emocje.

