Rak to nie wyrok – Wygwizdać raka i żyć na 150%
Dzisiejszy wpis jest specjalnie napisany pod jutrzejsze wydarzenie, mianowicie 26 sierpnia 2025 roku w Łodzi odbędzie się wyjątkowy happening „Wygwizdać raka”, organizowany przez Fundację Amazonek Łódź Centrum i Salve Medica. To wydarzenie nie ma być medycznym wykładem ani marszem w milczeniu, tylko manifestem – że rak to nie tylko choroba, ale też moment, w którym życie można zobaczyć inaczej. Ten artykuł i moje przemyślenia powstały właśnie w związku z tym wydarzeniem, na które zostałam zaproszona ku mej uciesze.
Dlaczego rak to nie walka, tylko sygnał.
Rak. Już samo słowo brzmi jak wyrok. Jakby ktoś w todze i z młotkiem oznajmił: „Dziękujemy, proszę państwa, sprawa zamknięta”. A przecież nic bardziej złudnego.
Mówi się: WALKA Z RAKIEM. Brzmi to bojowo, odważnie, może nawet szlachetnie. Tylko że walczyć z czym? Z własnym organizmem? To jest nasze ciało, nasza własna, czasem złośliwa fabryka, która po prostu stwierdziła, że zakłada nowy dział produkcji – i niestety nie pytała o zgodę.
Zastanawiam się niekiedy, że może te „nowe twory” mają rację, że się „złoszczą”, patrząc, jak karmimy się byle czym, odkładamy odpoczynek na później i traktujemy siebie jak wyrobników do zadań specjalnych na ostatnim miejscu listy do zadbania. Wszystko i wszyscy są ważniejsi. Jak nas ktoś w ten sposób traktuje to też jesteśmy źli.
Gdy przychodzi diagnoza, nasz świat się zawala jak domek z kart. I co robimy najczęściej? Załamujemy się jakby świat się kończył. No w sumie się kończy, ale to nie jest syrena alarmowa, po której musimy biec prosto w otchłań. To raczej gong w teatrze: spektakl trwa, proszę państwa, teraz gramy głośniej, mocniej, na 150%.
Jakby nie patrzeć z którejkolwiek strony, każdy z nas, gdy się rodzi, dostaje bilet w jedną stronę. Różnica jest tylko taka, że data odjazdu nie jest wydrukowana na tym bilecie.
Ktoś mówi: „Rak to wyrok”. No ale urodziny zasadniczo też są wyrokiem. Rodzimy się po to żeby zakończyć za jakiś czas swoje życie. Tyle że ani w jednym, ani w drugim przypadku nie wiemy, kiedy nastąpi Grande Finale. No to skoro nie wiemy, to po co siedzieć w poczekalni, patrzeć na zegarek i czekać? Choroba nie odbiera nam życia. To my sami sobie to robimy, jeśli uznamy, że już „nie wypada”.
Rak i życie, co warto zrobić.
Zamiast wyczekiwać w bezruchu na nieuniknione, trzeba żyć najlepiej i najintensywniej jak się da. Zwiedzać, żegnać się, kochać, śmiać, farbować włosy na fioletowo, skoczyć ze spadochronem, jechać na punkowy festiwal w glanach albo po prostu robić to, co w danym momencie daje radość i sens. Spełniać najdurniejsze i najbardziej nierealne marzenia. Robić wszystko co się chciało, ale nie było czasu, miejsca, przestrzeni do tego. J….ć system – DZIAŁAJMY!!! bo niby kiedy jak nie dziś, nie tu i nie teraz! Życie w chorobie nie musi być wyłącznie marszem w stronę końca. Może być próbą generalną tego, co najważniejsze, bycia TU I TERAZ. Każdego dnia tak samo intensywnie.
Oczywiście, trudno zaakceptować śmierć dziecka, która rozrywa serce rodziny. Trudno przyjąć nagłe odejście kogoś bliskiego. Każda śmierć jest zakończeniem ważnej relacji, tej namacalnej. Ale może i takie misje po coś istnieją istnieją – niepojęte, okrutne, a jednak uczące nas życia bardziej intensywnego, bardziej uważnego.
Nie ma tu prostych odpowiedzi. Nie ma scenariusza. Ale jest coś, co możemy zrobić.
NIE WALCZYĆ – bo walka zakłada, że ktoś musi przegrać.
Raczej żyć. Świadomie. Z bólem, jeśli musi być, z radością, jeśli tylko się uda. Rak może być początkiem nowego rozdziału – nawet jeśli ostatniego, to takiego, w którym wreszcie piszemy bez autocenzury.
Nie chodzi o to, ile mamy czasu. Chodzi o to, co z nim robimy. I o to, by w tej podróży nie zapomnieć, że zanim kostucha zaprosi nas do wieczności, mamy pełne prawo gwizdać, śmiać się i żyć tak, jakby to był najlepszy koncert naszego życia.
Tak naprawdę, co nam się może wydarzyć? Najgorsze już wiemy: kiedyś nas nie będzie. No i co z tego? Nie dostajemy przecież od losu, Boga czy innego Wielkiego Organizatora na chmurce takiego ciężaru, którego nie bylibyśmy w stanie udźwignąć, ani nasi najbliżsi. Rak to nie kara boska, to raczej paskudny list polecony z napisem: „Proszę zwrócić uwagę na życie. Pilne!”.
Rodzina i bliscy – czas 200% obecności.
Więc działajmy wspólnie, po ludzku, w porozumieniu – żeby życie jakoś się układało. Nie chodzi o to, by od razu wspinać się na Mount Everest i zapisywać na kurs krav magi w wieku 70 lat (chociaż, czemu nie?), ale o to, by nie udawać, że nic się nie dzieje.
A jak boli zapytasz? Jak człowiek jest po leczeniu i czuje się jak przeżuty kotlet? Wtedy, proszę bardzo – koc, kanapa, szklanka soku witaminowego i Netflix na pełnej. I to bez wyrzutów sumienia. Bo kto nam zabroni? Zresztą – takie momenty są idealne, by poukładać sprawy: naprawić relacje, a jeśli nie naprawić, to przynajmniej zadać parę niewygodnych pytań najbliższym i rozpisać rozkazy na czas jak już nas nie będzie.
W końcu co nam mogą zrobić – obrazić się? Serio? Przecież i tak wszyscy kiedyś znikniemy, gasną światła, kurtyna w dół, „the end”. (A przynajmniej tak się łudzę – że nie czeka nas tam kolejka w urzędzie do wieczności).
Ale najbliżsi zostają. I to oni dźwigają później ciężar tęsknoty, żalu, pustki. Więc może zamiast tylko rozpaczać – opracujmy z nimi strategię. Kto odbiera kota? Dla kogo tajny przepis na pierogi? Kto ma pilnować, żeby w rocznice nie puszczać tych ckliwych ballad, po których wszyscy ryczą w serwetki? To też część przygotowań – wcale nie mniej ważna niż tabletki czy chemia.
Czarna komedia życia czyli śmierć jako ostatnia impreza.
A skoro już o tym mowa – czemu nie potraktować pogrzebu jak wielkiej imprezy? Wesela planujemy z wyprzedzeniem, dobierając kolory serwetek do sukni druhen. Czemu nie zrobić tego samego z własnym ostatnim występem?
Piszę to i sama się wzruszam. Bo w tej całej chorobie – w tym strachu, w tym poczuciu niesprawiedliwości – jest też szansa. Szansa, by być blisko z rodziną, ułożyć sobie to, co nieułożone, a nawet pośmiać się z planowania pogrzebu jak z czarnej komedii. W końcu – czy to nie najpiękniejsze, że możemy do końca decydować, jak chcemy żyć… i jak chcemy się pożegnać?
Wszystkie te „duperele”, o których się mówi – te drobiazgi, gesty, wspólne spojrzenia – to jest właśnie życie. Nie wyrok, nie walka, nie koniec.
Rak jest tylko przypomnieniem: hej, masz jeszcze chwilę. Zrób z nią coś dobrego.
W październiku będzie się spełniało jedno z moich marzeń, a mianowicie wystawa prac plastyczno – artystycznych. Tak się fantastycznie składa, że październik jest miesiącem profilaktyki raka piersi. Pomysł natychmiast wpadł mi do głowy, że obok spełnienia marzenia mogę zgodnie ze swoim zawodem zmajstrować coś z tego zakresu. Powstał pomysł, realizacja i po drodze „Wygwizdać raka” organizowane przez Fundację Amazonek w Łodzi.
Na stworzone dzieło, patrzę z czułością. Tak się pięknie złożyło, że sztuka i życie splatają się w jednym czasie i w jednym sensie. Świat nie lubi próżni. Wszystko jest tak, jak być powinno. To nie złośliwość ludzi, to siła losu – i wszystko dzieje się po coś, w czasie takim, a nie innym.
Wygwizdać raka – happening w Łodzi 26 sierpnia
Dlatego przy okazji – serdecznie zapraszam już jutro – 26 sierpnia pod Szpital Salve w Łodzi przy ul. Szparagowej 10 na happening „Wygwizdać raka”. Bo jeśli mamy gwizdać, to róbmy to głośno, razem i z całego serca.
Poniżej załączam profesjonalny film instruktażowy, jak prawidłowo należy badać piersi w ramach profilaktyki, która jest najważniejsza.
Badanie przeprowadzać powinny nie tylko kobiety. Mężczyźni też mają piersi i też profilaktycznie powinni dokonywać samokontroli.
Film zrealizowany dla Fundacji Amazonek w Łodzi – Centrum.
Bardzo dziękuję za materiał.

