Kobieta o 1000 twarzach w Warszawie czyli jak marzenia przestają się kurzyć w kredensie pomysłów.
Droga do wystawy „Niepokorna Alchemia 1000 twarzy”.
Były już dwie próby. Tak jak pisania strony (link do artykułu). Dwa podejścia, które jak to w życiu bywa, zakończyły się niczym. Coś zawsze „nie pykło”. Termin, komunikacja z menagerem, albo mnie nie zgrywała energia osób zaangażowanych. Taka sytuacja, co zrobić.
Ale marzenia jak to marzenia mają w zwyczaju czekać cierpliwie. Leżą gdzieś w głowie, w szufladach i kredensach, aż przychodzi ten moment, gdy ktoś wreszcie mówi: „dość chomikowania, czas wystawić to na światło dzienne”. Sambor – WIELKIE DZIĘKUJĘ.
Wystawa w sercu Warszawy – Coffe Karma
I właśnie teraz ten moment nadszedł. W warszawskiej kawiarni Karma można zobaczyć wystawę „Niepokorna Alchemia 1000 twarzy” mojego autorstwa. Ta dammmm.
Skąd ta pasja do tworzenia?
Od zawsze miałam ciągoty do robienia czegoś z niczego (Dziękuję Mami). Jako nastolatka grzebałam się w gipsie, przygotowując prezenty dla koleżanek i kolegów np. wazon w kształcie penisa z dziurką tam gdzie dziurka na kwity. Konstrukcja była tak przygotowana, że na spokojnie można było lać wodę dla roślin.
Robiłam też biżuterię, przetapiając spoiny materiału do lutowania doprowadzając Tatę do szału. Szacunek Tati, że to wytrzymałeś – bajzel w piwnicy.
Szkoła medyczna i terapia zajęciowa
Malowałam malowidła na ścianach i z tymi zdolnościami i kreatywnością wylądowałam w szkole medycznej na kierunku terapia zajęciowa. I tu zaczął się raj dla mej duszy i serca. Kreatywność pełną parą. Był to czas kiedy w warsztatach przyszpitalnych, albo oddzielnych instytucjach, korzystało się z zebranych i wyżebranych przeróżnych materiałów. Były całe worki resztek rajstop, czy kosze ścinków materiałów, albo wióry drewna. Co kto miał możliwość z zakładów pracy wszelakich zdobyć to zdobywał. Nie było środków na zakupy, albo były niewielkie.
Zatem trzeba było uruchomić wyobraźnię i z tych stert „śmieci” pracować z ludźmi i wymyślać Dzieła Sztuki Współczesnej. I tak też czyniłam malując palcami, pracując w skórze i robiąc obrazy na płótnie ze wszystkiego z czego się dało i z czego pozornie się nie dało.
Kreatywność od Mamy
Ta kreatywność i umiejętność robienia czegoś z niczego to zasługa mojej Mamy. Jest Mistrzem ponad Mistrzami w tej dziedzinie. W czasach, gdy nie było swobodnego dostępu, tak jak teraz, do artykułów plastycznych, potrafiła z tego, co miała pod ręką (często marnej jakości), stworzyć coś wyjątkowego i magicznego. Z pudełek po papierosach, po zapałkach, resztek tkanin i innych budowałyśmy domki dla lalek. To samo zresztą robiła z moją Córką. Najlepsza zabawa na świecie.
Fotografia, choreografia, muzyka
Potem tworzyłam już w zakamarkach głowy, wkładając pomysły do szuflad, a szuflady zamykałam w kredensach, tych dużych, drewnianych przedwojennych, bo życie mnie pogoniło.
STOP – nie życie, tylko ja sama się wkręciłam w wir masowej głupawki. Na szczęście daleko nie odbiegłam od potrzeby mojej artystycznej duszy. Kreatywność i twórczość musiała się gdzieś wylewać ze mnie i tak malowanie i rzeźbienie zastąpiłam fotografią, choreografią i muzyką.
Vedic Art czyli Nowe Otwarcie Wrót Wyobraźni
I tak, po kilkunastu latach, trafiłam na zajęcia Vedic Art (dziękuję Ilonka) i TRACH „otwarły” się przede mną na powrót Wrota Krainy, gdzie farby tańczą po płótnie, a przestrzeń rodzi swoje własne wizje i kształty. Choć obecnie jest dostęp do wszystkiego tego co sobie wymyślę, to jednak czasy niedoboru, kombinowania i tworzenia z niczego pozwalają mi radować się i czuć wolnym w mojej sztuce. I tak wolę, chociaż czasem korzystam z dobrodziejstw materiałowych.
Perfekcjonizm i ADHD – twórczy hamulec
Czemu dopiero teraz mam wystawę? Po pierwsze!
Ano dlatego, że dużym hamulcowym w mojej głowie okazała się potrzeba perfekcyjności, czyli że to co robię musi być wymuskane i idealne. To ta Perfekcyjna Pani w mojej głowie długo blokowała mnie przed tym, by po prostu tworzyć. A na tworzenie i zamykanie w piwnicy zwyczajnie nie miałam fizycznie miejsca. Do tego Panna ADHD sprawia (nadal, ale panuję nad tym – chyba), że bez wyraźnie wyznaczonego terminu ciężko jest mi coś dokończyć, nawet jeśli początek był pełen zapału i iskry.
Lekcja niedoskonałości
To co robię teraz i co jest na wystawie to nie są zwykłe obrazy czy rzeźby. To prace, które rosły w wyobraźni latami. Czasem zmieniały kształt, czasem buntowały się wobec pierwotnego pomysłu, a finalny efekt często różni się od tego, co początkowo siedziało w głowie.
I tu tkwi największa lekcja, którą przez ostatni rok przerobiłam: najtrudniej było przestać być perfekcyjną. Bo perfekcjonizm to sprytny sabotażysta. Sprawia, że wszystko odkładamy na „kiedyś”. A „kiedyś” to bardzo wygodne słowo… dopóki nie orientujemy się, że nigdy nie nadeszło.
Wysiłek kosztował nie tyle sam proces twórczy, co uświadomienie sobie, że wcale nie musi być idealnie – ma być moje. A moje nie zawsze oznacza gładkie, równe i w punkt. Czasem dzieło, świeżo po skończeniu, wydaje się nie takie, jak miało być. Ale wystarczy, że odleży chwilę i nagle w głowie wybucha wulkan ekscytacji: „To jest właśnie to. Niedoskonałe, a jednak dokładnie takie, jakie miało być”.
Bo przecież nikt nie jest doskonały. Ale każdy może być wystarczająco dobry. I z takim właśnie przekonaniem te prace wyszły z kredensu pomysłów, by wreszcie spotkać się z widzami.
W życiu nic nie dzieje się przez przypadek.
Po Drugie!
To brzmi jak banał, dopóki nie spojrzy się wstecz i nie zauważy, że każdy ruch, każda rozmowa i każde niedokończone dzieło układają się w większy wzór. Tak było i tutaj. Próby wcześniejszego zorganizowania wystawy wydawały się realne, a jednak coś zawsze je blokowało. Wtedy było w tym dużo frustracji, ale dziś wiem, że one po prostu nie mogły się wydarzyć. Jeszcze nie byłam w tym miejscu, jeszcze nie nadszedł właściwy czas na wyjście z cienia.
Musiałam przejść inną ścieżkę, zdobyć inne doświadczenia, emocje, pozwolić, żeby część pomysłów dojrzała, a część się odleżała, albo zniknęła. Dopiero wtedy, przy zupełnie zwykłej kawie, padły słowa, które otworzyły drzwi.
Sambor rzucił: „Jak niedokończone prace? Malujesz? A ja jestem artystycznym dyrektorem w kawiarni, gdzie są organizowane wystawy!!!Jest przestrzeń na twoje prace, ile czasu potrzebujesz?”.
Od słowa do słowa
BUM, od słowa o filmach do BUM iskry zapalnika i BUM eksplozja, na którą czekałam nieświadomie.
Od słowa do słowa zaczęła się układać historia. Spotkanie z Marcinem (szefem Karmy, gdzie Sambor jest Artystycznym Ciałem) ustaliliśmy, kiedy moje niedokończone prace będą mogły wreszcie się dokończyć, a nowe wykluć i z myśli się zmaterializować. Od pierwszych deklaracji i tego BUM do realizacji minął rok.
(to właśnie pożywka dla Panny ADHD -TERMIN)
Rok zmian i przyspieszony kurs życia
Rok dużych zmian. Takich, które przychodziły falami, czasem trudniejszymi, czasem lżejszymi. To był czas, kiedy musiałam zmierzyć się bardziej ze sobą niż z jakimkolwiek płótnem.
Kolega psychoterapeuta podsumował to krótko: „To, co zwykle zajmuje pięć lat na terapii, ty przerobiłaś w trzy miesiące pracy w głowie sama nad sobą”.
Przyspieszony kurs życia – jak fast forward w filmie, tylko bez opcji przewinięcia do ulubionej sceny.
Może to kwestia ADHD, może po prostu mojego temperamentu , ale zawsze wszystko przychodziło mi szybciej. Myśli, decyzje, emocje… czasem aż za szybko. Ten rok był więc jak sprint maratończyka, intensywny, wyczerpujący, a jednocześnie oczyszczający. Dzięki temu mogłam zostawić za sobą stare schematy i zrobić miejsce na nowe.
I właśnie dlatego dziś te obrazy, instalacje i rzeźby mogą mówić głośniej niż kiedykolwiek wcześniej.
W tym miejscu DZIĘKUJĘ Chłopakom, bo część obrazów i rzeźb została skończona. Inne dotąd schowane w szufladzie marzeń mogły rozsypać się jak klocki na dywanie i ułożyć w nową pełną zmaterializowaną całość.
Marzenia pukają do drzwi
Przypadek? Nie sądzę. To raczej cykl zdarzeń, które z pozoru nie miały ze sobą nic wspólnego. Początek znajomości z Samborem zaczął się od kompletnie innego miejsca, innych wydarzeń, miejsc, sytuacji i projektów. Część wspólnie się nie zrealizowała, ale z perspektywy czasu nie to było celem naszego poznania. To tylko był etap.
Zwyczajne rozmowy o różnych projektach, filmach, które są warte uwagi, pomysłach, które jeszcze czekają na swój moment (który nastąpi w odpowiednim czasie i przestrzeni) i nagle wszystko to złożyło się w wystawę.
Patrząc na to dziś, mam wrażenie, że właśnie tak działają marzenia. Najpierw się chowają, potem udają, że ich nie ma, a kiedy przychodzi ich czas zaczynają walić pięściami w drzwi.
A ty, zamiast pytać „dlaczego teraz?”, po prostu wstajesz, otwierasz i mówisz: „Witajcie, chodźcie dalej” bo to właśnie ten, a nie inny czas.
1000 twarzy i każda z innym emocjonalnym ładunkiem
Wystawa „Niepokorna Alchemia 1000 twarzy” to kalejdoskop opowieści. Raz Cesarzowa, raz błazen w lustrze, innym razem kobieta, która zaklina rzeczywistość kolorem. Przeszłość miesza się z teraźniejszością i pomysłem na przyszłość. Trochę jak talia Tarota z jego historią i drogą, trochę jak gra Dixit z impulsem do wyobraźni, trochę jak przeglądarka snów.
Każde dzieło ma swój ładunek emocjonalny. Niektóre prace są lekkie i figlarne, inne prowokują, a jeszcze inne dotykają tematów trudniejszych, jak profilaktyka raka piersi czy uzależnień. Bo sztuka nie żyje w próżni. Ona oddycha razem z naszym zdrowiem, emocjami i doświadczeniem.
Jeśli chcesz przygotować się do wystawy albo wrócić do niej w domowym zaciszu, warto sięgnąć po katalog wystawy. Znajdziesz w nim wszystkie prace – z opisami, kontekstami i moimi osobistymi komentarzami. To taka podróż „za kulisy”, w której każde dzieło dostaje swój głos.
Niektóre prace są też na sprzedaż – jeśli poczujesz, że któraś z nich chce z tobą zamieszkać, odezwij się do mnie. Może właśnie ta energia, która do ciebie przemówiła, czekała, żeby się z tobą połączyć.
Spotkajmy się w Kawiarni Karma
A jeśli wolisz zacząć od kawy i sprawdzić, czy to obrazy wybiorą ciebie wpadnij do Karmy w Warszawie przy Pl. Zbawiciela (Mokotowska 17). Usiądź między tysiącem twarzy, zamów latte albo espresso i pozwól, żeby sztuka sama zaczęła z tobą rozmowę. Może rozbawi, może wzruszy, a może pokaże ci coś, czego jeszcze nie wiedziałaś/eś o sobie.
Bo marzenia naprawdę nie są po to, żeby kurzyć się w kredensie. Są po to, żeby wyskakiwać na ścianę kawiarni i mrugać do ciebie znad filiżanki cappuccino.

