Jak przegrać wygrany finał. Porażka w sporcie.

Ilustracja przedstawia dwie sceny z zieloną, pluszową postacią w czerwonej czapce zimowej i z numerem startowym „13”. Po lewej stoi ona na szczycie wygiętej metalowej konstrukcji, a nad nią widnieje napis „To jest zwycięstwo”. Po prawej ta sama postać wspina się po tej samej konstrukcji od dołu, z podpisem „To też jest zwycięstwo”. Na dole grafiki znajduje się hasło: „Sukces to ruch w górę — z każdego miejsca!!”. Grafika podkreśla, że zarówno osiągnięcie celu, jak i sam wysiłek wspinania się są formą zwycięstwa.

Jak przegrać wygrany finał. Porażka w sporcie.

Gdy mózg wciska awaryjny wyłącznik swojej elektrowni jądrowej

Igrzyska i cyk pyk już raptem po

Najważniejsze zawody w karierach sportowych właśnie dobiegły końca. Piękne otwarcie, wzniosłe zakończenie. Szybko minął ten czas niebywałych zmagać na śnieżno – lodowych arenach Zimowych Igrzysk.

Co teraz? „Dzień” ciszy, chwila oddechu. A potem zaczyna się nowy, czteroletni cykl olimpijski.
Nikt dziś nie myśli, co będzie za cztery lata. Jeszcze przecież brzmią hymny, błyszczą medale, powroty do domów i spotkania z bliskimi i dalszymi znajomymi. Jedni świętują złoto, a inni próbują pozbierać się po tym, co miało być ich momentem życia, ale coś nie pykło i zamiast na tarczy w chwale, wracają z podkulonymi ogonami. Zupełnie zresztą niepotrzebnie. No ale dobra, zawiedzenie swoich własnych oczekiwań boli i jest mało przyjemne. FAKT

Chwila refleksji

Może właśnie teraz warto na chwilę zatrzymać się i zmienić perspektywę?
Bo czym właściwie jest sukces?
Czy tylko miejscem na podium?
Czy wyłącznie medalową pozycją zapisaną w tabeli?
A może zwycięstwem jest również wyjście z dołka, podniesienie się po błędzie, pokonanie samego siebie, spełnienie marzenia, wykonanie ruchu w górę, nawet jeśli nie prowadzi on na najwyższy szczyt?
Szczyt jest spektakularny, głośny niekiedy zaskakujący dla samych „szczytujących.
Wychodzenie z przepaści bywa cichsze. Spełnienie marzenia unosi nas na skrzydłach w bliskim otoczeniu bez fajerwerków. Tak czy siak kierunek w górę jest istotą rozwoju każdego ze sportowców. No i nas też w rzeczy samej.

Łyżwiarstwo figurowe – nieustająca pasja

Jak doskonale wiesz Czytelniku łyżwiarstwo figurowe jest mi mega bliską sercu dyscypliną z przyczyn oczywistych. Dlatego właśnie finał mężczyzn stał się dla mnie impulsem do tej refleksji.
Artykuł, który czytasz, nie będzie analizą techniki skoków, kroków, muzyk, komponentów. Przez to co się wydarzyło w 13 piątek 2026 roku będzie to próba zmiany kąta patrzenia na sportowców.

Nie ukrywam, że poziom zdziwienia wyrył na moim czole nieodwracalne zmarszczki, a ciało odczuło uderzenia adrenaliny jakbym to ja osobiście właśnie przeżywała awarię systemu dowodzenia.
Skąd wiem jak to jest? Ano kiedyś dawno, dawno temu, zwyczajnie tak się napaliłam na fantastyczny program jaki miałam ułożony i chciałam tak bardzo go pokazać, że………….system pamięci się wyłączył i zapomniałam co mam jechać. Przeżycie na poziomie 11-to letniego dziecka na zawodach w Warszawie, a start mistrzów na igrzyskach, pod względem rangi jest nieporównywalny, acz z poziomu emocji i kompetencji startowych porównywalny myślę.

Czasy się zmieniły, oczekiwania nas samych do siebie niekoniecznie. Czy mamy lat 11, 18, 21 czy 50 chcemy wygrywać. Problemem jest myślę ekstremalna presja, nadmiaru oczekiwań ze strony rozbuchanego szumu medialnego, bełkotu narracji co znacznie silniej przeciąża układ nerwowy.

System obronny

Zasadniczo nie przegrywa ciało. Przegrywa system zarządzania ciałem. Mózg jak w elektrowni jądrowej w sytuacji przeciążenia wciska awaryjny wyłącznik. Czerwone światło odcina zasilanie, żeby chronić organizm.

Nieważne, czy zagrożenie jest realne, czy „tylko” psychologiczne. Dla układu nerwowego presja może być równie niebezpieczna jak fizyczny uraz. Nadusza się przycisk i to by było na tyle.

Z jednej strony widzieliśmy zawodnika, któremu system się „wyłączył” – czerwony przycisk wciśnięty wbrew woli i….nic nie można zrobić, ba! nawet się tego nie pamięta.

Z drugiej strony zawodniczkę, która mimo poważnej kontuzji wyszła na start. Skończyło się dramatycznie: bolesny upadek, realne obrażenia, cierpienie. Medal przestał mieć znaczenie. Zdrowie poszło się jebać razem z nim.

I pojawia się pytanie: czy było warto?

Granice

Między przeciążeniem psychicznym a nadmiernym szarżowaniem fizycznym przebiega cienka granica.
W jednym przypadku system odcina zasilanie, żeby ratować człowieka. Przeciążenie obwodów nerwowych.
W drugim człowiek ignoruje sygnały ostrzegawcze z ciała, aż ciało samo decyduje „wymuszając” zatrzymanie.

Obie sytuacje mówią o tym samym: o granicach. I o tym, że w sporcie XXI wieku coraz częściej walka toczy się nie tylko o medal, ale o zachowanie równowagi między ambicją a bezpieczeństwem.

No to zaczynamy!

Piątek 13-go. Dla jednych pech, dla innych niezapomniane widowisko

Piątek trzynastego od wieków obrósł w legendy. W kulturze zachodniej liczba 13 uchodzi za nieszczęśliwą, a piątek historycznie kojarzony z wydarzeniami tragicznymi, tylko wzmacnia tę narrację.
Jedni wzruszają ramionami, inni podświadomie czują napięcie. Zabobon zabobonem, ale czarny kot na drodze….sami wiecie o co chodzi. Każdy człowiek ma swoje gusła i zabobony. U sportowców są to rytuały. Tak czy owak finał mężczyzn w łyżwiarstwie przypadł w dacie „pecha” bez dwóch zdań.

Zachęcałam znajomych, żeby włączyli transmisję. Miał to być spektakl najwyższej jakości. Poziom sportowy kosmiczny. Nazwiska były gwarancja niezapomnianego show. Rywalizacja zapowiadała się pięknie.

I rzeczywiście – finał był nieprawdopodobny.
I niezapomniany.

Tyle że nie w ten sposób, w jaki wszyscy się spodziewaliśmy.

Spektakl błędów zamiast perfekcji

Zamiast doskonałych programów z „wyskokowo” najtrudniejszymi elementami, ferii piruetów i mini teatru tańca dostaliśmy odwrotną sytuację. Upadki. Zachwiania. Walkę o utrzymanie kontroli i równowagi. Programy pod względem artystycznym zostały sprzeniewierzone na rzecz walki o życie. W przenośni i dosłownie.

To nie był pokaz dominacji.
Zobaczyliśmy spektakl walki o przetrwanie.

Te słowa nie mają być złośliwe, nie są z pozycji kanapy i paczki chipsów. Osobiście bardzo przeżywałam każdą porażkę, potknięcie. Niedowierzanie i stres tamtego wieczora wszystkich zawodników (no prawie wszystkich) udzielił mi się po drugiej stronie ekranu. Taka to właśnie była energia.

Momentami miałam wrażenie, że nad taflą unosi się jakieś fatum. Jakby presja była większa niż hala w której startowali. Jakby systemy nerwowe zawodników pracowały na granicy przeciążenia z zewnętrznym zaburzeniem fal energetycznych. Ktoś powłączał urządzenia zaburzające?

I właśnie wtedy pojawiło się pytanie ważniejsze niż wynik:

Co dzieje się z człowiekiem, kiedy jego mózg pod presją naciska czerwony przycisk awaryjny?
Ano właśnie to co się stało z Ilią Malininem. Miał szeroką, wolną od konkurencji autostradę, w dodatku odcinek prosty, bez żadnych przeszkód do złotego medalu. Rywale się sami usunęli błędami, że ścieżki podejścia. Tylko wejść, jak zawsze zrobić co swoje i odebrać co się „należy”. Nic prostszego, a jednak nic bardziej trudnego.

Porażka w sporcie to nie wypadek przy pracy. To część zawodu. To trzeba przepracować.

Trening, regeneracja, odżywianie, analiza techniki, parametry, szybkości, precyzja, balet, bieganie i 100 różnych innych zajęć – to oczywiste elementy pracy sportowca. Wszyscy wiedzą, że trzeba je planować, mierzyć i rozwijać. Do tego mental, motywacja, pozytywne wzmacnianie.

A porażka?

Porażkę nadal traktujemy jak coś, co „nie powinno się zdarzyć”. Jak defekt systemu. Na samą myśl o „tym czymś” robi nam się zimno i mamy gęsią skórkę na całym ciele.

Tymczasem z perspektywy psychologii sportu porażka jest tak samo naturalnym elementem kariery jak przeciążenie mięśni po mocnym cyklu treningowym. Nie jest anomalią tylko proces adaptacyjnym.

Nie chodzi o to, że przegrywanie jest dobre.
Chodzi o to, że jest nieuniknione.

Nikt nas jednak z tym nie oswaja, nie rozmawiamy o uczuciach i „tych” emocjach związanych z porażką, tym strasznym potworem. Nie gadamy o tym, żeby nie zapeszać, żeby nasze afirmowanie zwycięstwa nie doznało skazy pękającej tafli lodu przez którą się wleje zwątpienie i rozwali nam system motywacyjny.

Dlaczego w takim razie mózg się „wyłącza”? Mechanizm przeciążonego układu nerwowego

W sytuacji ekstremalnej presji startowej (dla każdego coś innego jest ektremum) układ nerwowy przechodzi w tryb zagrożenia. Kortyzol i adrenalina rosną. Ciało jest gotowe do walki lub ucieczki.

Uczymy się o paraboli stresu. Staramy się „trafić” z formą w ten właściwy punkt na fali wzrastania. Wtedy kiedy ten kortyzol i adrenalina są nam pomocne, a nie „przeszkadzające”.

Ćwiczymy przez kolejne starty optymalizować nasze emocje tak żeby mieć stały i ciągły dostęp do wyższych funkcji poznawczych czyli koncentracji, kontroli ruchu, integracji sensorycznej.

Kiedy pobudzenie przekracza optymalny poziom nasz organizm pod wpływem tych hormonów

  • zawęża pole uwagi,
  • spada nam precyzja ruchu,
  • automatyzmy przestają być automatyczne,
  • pojawia „spalenie się” pod presją. Taki paraliż decyzyjno – wykonawczy.

Z zewnątrz wygląda to jak „nagle zapomniał, jak się skacze”.
W rzeczywistości to przeciążony system nerwowy uruchamia mechanizm ochronny.
Mózg próbuje przetrwać nadmiar „wszystkiego” wyłączając dostępy.

Co się faktycznie dzieje w głowie?

W wywiadach Ilia mówił, że nie wie co się z nim działo, nie potrafił się „zebrać”, nie pamiętał, jedyne co miał w głowie to traumy i katastrofy. Czyli klasyczny stan osób z zaburzeniami lękowymi. Panika, strach, frustracja. Perspektywa upadku z wielkiego konia oczekiwań. Myślenie katastroficzne! brrr

Im wyższe oczekiwania, tym większa amplituda spadku.

Faworyt do złota niesie na sobie:

  • presję rankingów – jestem najlepszy
  • oczekiwania kibiców – wszystkie poczwórne na Igrzyskach
  • inwestycje sponsorów,
  • własne ambicje – jestem „bogiem” poczwórnych, z zamkniętymi oczami, w środku nocy
  • narrację „to jego moment”.

Gdy pojawia się błąd, to nie jest tylko punkt odjęty w GEO. To pęknięcie tożsamości sportowej.

Pojawiają się miliony pytań o sens. Co dalej?

To jest moment krytyczny w rozwoju sportowca.
Nie start. Nie podium.
Właśnie ten upadek. A dodatkowo na najważniejszej życiowej imprezie sportowej.

Emocje po porażce

No właśnie. Emocje zaraz po starcie to jedno. Następny dzień, zapewne po nieprzespanej a przepłakanej fizycznie czy mentalnie w poduszkę nocy, to drugie.
Ale co dalej? Trzeba stawić czoło wszystkim innym obciążeniom wobec wszystkich.
Zmęczenie fizyczne miesza się z mentalnym kacem. I zaczyna się to, co najtrudniejsze: codzienność po porażce.

Zawody się kończą. Internet nie. Media nie. Własna pamięć — tym bardziej.

Pojawia się wstyd. Często silniejszy niż smutek.
Wstyd, że „zawiodłem” i wszyscy widzieli.
Byłem faworytem.
Miało być inaczej.
Do tego dochodzi lęk przed oceną, unikanie kontaktu wzrokowego, napięcie w ciele na samą myśl o powtórkach występu. Umysł zaczyna odtwarzać błędy jak zapętlone nagranie. I robi to bez litości.

To, co wydarzyło się raz, zaczyna żyć w przyszłości.

Bo kolejne igrzyska, kolejne mistrzostwa, kolejne zawody nie będą już „czyste”. Wystarczy podobna hala, podobna muzyka, podobna sytuacja startowa — a układ nerwowy przypomni sobie tamten moment. NA BANK!!
Ciało zareaguje szybciej niż myśl. Serce przyspieszy, dłonie się spocą, mięśnie zesztywnieją. To nie słabość. To pamięć emocjonalna.

Nadpisywanie przykrych doświadczeń

W spadochroniarstwie, gdy ktoś musi otworzyć zapasowy spadochron, często wraca szybko na drugi skok. Chodzi o to, by na świeżo „nadpisać” doświadczenie, zanim strach zakorzeni się w układzie nerwowym. Zrobić to jeszcze raz, bezpiecznie, żeby mózg nie zamknął tej sytuacji jako traumy.

A w sporcie takim jak łyżwiarstwo? Jak to nadpisać?

Tu nie zawsze można „od razu skoczyć drugi raz”. Zawody najwyższej rangi są co kilka miesięcy, a igrzyska co cztery lata. Czas działa inaczej. Dlatego proces musi być bardziej świadomy.

Jakie są procedury?

Najpierw trzeba pozwolić emocjom wybrzmieć. Nie zagłuszać ich narracją „nic się nie stało”.
Właśnie, że się stało.
I boli.
Wstyd, złość, rozczarowanie, poczucie niesprawiedliwości.
To naturalne reakcje organizmu na utratę czegoś, co było realnym celem.

Potem przychodzi etap rekonstrukcji znaczenia. Oddzielenia faktu od interpretacji.
Fakt: popełniłem błędy.
Interpretacja: jestem beznadziejny.

Pierwsze można przepracować. Drugie nas zniszczy.

Strach przed kolejnymi zawodami nie znika sam. On potrzebuje nowych doświadczeń zapisanych w ciele. Małych startów. Kontrolowanych sytuacji. Stopniowego wystawiania się na bodziec, który wcześniej wywołał przeciążenie.
Układ nerwowy musi nauczyć się, że arena to nie zagrożenie życia.

Jeśli tego procesu zabraknie, mózg znów może wcisnąć czerwony przycisk. Dla bezpieczeństwa. Nawet jeśli zagrożenie jest „tylko” oceną czy oczekiwaniami.
Prawda też jest taka, że jak raz doszło do „przegrzania” systemu to my jako ludzie już wiemy co to wywołuje i poprzez doświadczenie takie skrajne potrafimy już rozpoznać stan przedawaryjny.

Dlatego kluczowe pytanie nie brzmi: jak zapomnieć?
Tylko: jak zbudować nowe doświadczenie, które będzie silniejsze niż tamto?

Druga strona medalu

W opisywanym przypadku Ilii, mamy jeszcze drugą stronę. Jego Tata jest jego trenerem. Ups…..No nie zazdroszczę teraz sytuacji patrząc z tej perspektywy instruktora i rodzica.

Podwójne wyzwanie.

Nawet jeśli zawodnik jest dorosły i dojrzały i świat traktuje go jak mistrza, dla rodzica nadal pozostaje dzieckiem. A kiedy dziecko przegrywa publicznie, cierpi nie tylko sportowiec – cierpi też rodzic.

Rola trenera wymaga chłodnej analizy.
Rola ojca – ochrony i wsparcia.

Jak pogodzić te dwie perspektywy?

To jeden z najtrudniejszych układów w sporcie wyczynowym. Wymaga ogromnej dojrzałości emocjonalnej i jasnych granic. Bez nich łatwo o przeniesienie własnych emocji na zawodnika i pogłębienie kryzysu.

Problem polega na tym, że układ nerwowy rodzica także jest przeciążony. On również przeżywa wstyd, złość, bezradność, czasem poczucie winy. Często pojawia się myśl: „Czy mogłem zrobić coś inaczej?”. A jeśli rodzic jest trenerem, ta odpowiedzialność jest jeszcze silniejsza — bo porażka zawodnika bywa odbierana jako osobista porażka szkoleniowa.

To tworzy ryzykowną dynamikę.

W sporcie wyczynowym granice są kluczowe. A w relacji rodzic–trener te granice naturalnie się zacierają. W domu nie da się całkowicie „zdjąć gwizdka”. Na treningu trudno całkowicie wyłączyć bycie rodzicem.

Po publicznej porażce to napięcie rośnie. Zawodnik potrzebuje przestrzeni, by przeżyć wstyd i rozczarowanie bez poczucia, że zawiódł nie tylko siebie, ale też najbliższą osobę.

Tymczasem rodzic–trener może nawet nieświadomie wysyłać sygnał: „To był nasz wspólny projekt. Nasza wspólna przegrana”.

Dlatego ten układ wymaga wyjątkowej dojrzałości emocjonalnej. Umiejętności powiedzenia sobie:
Teraz jestem ojcem.
Teraz jestem trenerem.

Współczuję obu Chłopakom takiego obciążenia. Bo to już nie ma znaczenia twardość, pochodzenie, odporność i siła.

Porażka jako kompetencja

Taka wstępna konkluzja nasunęła mi się po tym spektakularnym finale.

Może powinniśmy zacząć traktować radzenie sobie z porażką jak kompetencję treningową?

Na równi ją traktować i „przerabiać” jak:

  • regenerację,
  • dietę,
  • mikrocykle,
  • powtarzanie programów
  • odpoczynek
  • analizę wideo.

Jeśli nie nauczymy sportowca przegrywać, każda porażka będzie dla niego KATASTROFĄ zamiast etapem.

Sport nie jest linią wznoszącą wprost proporcjonalnie do czasu
Jest sinusoidą.

Raz jesteś na szczycie łuku.
Raz w dolinie.

I to, jak wychodzisz z doliny, definiuje twoją przyszłość bardziej niż to, jak świętujesz na górze.

jak na obrazku do artykułu – sukces to ruch w górę, obojętne z którego miejsca.

Refleksja na koniec

Tamten finał był przerażający.
Ale był też prawdziwy.

Pokazał, że nawet najwyższy poziom nie chroni przed przeciążeniem. Że ludzki mózg ma swoje granice.
I że sport to nie tylko medale, lecz także momenty, w których człowiek musi zmierzyć się z własnym systemem nerwowym.

Może więc piątek 13-go nie był pechowy.
Może był przypomnieniem, że porażka nie jest końcem historii.

Tylko jej najbardziej wymagającym rozdziałem.

Zaproszenie do działania

Jeśli pracujesz ze sportowcami jako trener, psycholog, rodzic lub zawodnik, warto zadać sobie pytanie:

Czy uczymy radzenia sobie z porażką tak samo świadomie, jak uczymy techniki?

Jeśli ten temat jest Ci bliski, zapraszam do rozmowy.
Możemy wspólnie przyjrzeć się:

  • regulacji emocji w sporcie wyczynowym,
  • budowaniu odporności psychicznej,
  • pracy z presją startową,
  • wsparciu zawodnika po kryzysie.